HAWAJE 2018 po drugiej stronie świata Maui i Kauai

LihueLecimy na Hawaje

Od dawna planowałem zobaczyć Hawaje, choćby po to by mieć o nich własną opinię. No i nadarzyła się okazja, tanie bilety na trasie AMS-FRA-LAX-LIH i powrót LIH-SFO-EWR-AMS. Jak widać wybraliśmy Kauai (bo miało być bardziej dziko). Szybko uznaliśmy, że skoczymy na jeszcze inną wyspę. Na początku miała to być Oahu, ale ostatecznie wygrała Maui (Honolulu zawsze może być po drodze). W lotach lokalnych pomogły mile AAdvantage (7500mil i 5,6usd dopłaty zamiast standardowej ceny około 350zł). Hawaiian ma 4 loty dziennie bezpośrednio pomiędzy Kauai i Maui. Dolot do AMS kupiłem z LH z POZ przez FRA (w razie czego z FRA da się dojechać do AMS pociągiem). Kolega Andrzej leci z GDN bezpośrednio KLM. Wychodzi mi więc 12 lotów w ciągu 8dni. Tylko 2dni wypadu bez żadnych lotów. Niecałe 44h rozkładowo w samolotach, 14h na lotniskach tylko na przesiadkach, więc pewnie drugie tyle przed lotami i po nich. Boję się jak to zniosę. Okazało się, że na miesiąc przed lotem nie jest łatwo o sensowne noclegi na Kauai (na booking.com ceny zaczynają się od 850zł za noc, na airBnB 400zł kosztuje nocleg w namiocie u kogoś w ogródku). Na Maui zatrzymamy się u znajomej rodziny kolegi. Podróż rozpoczyna się skromnie. Z Poznania Emreaer do FRA spóźnia się o ponad 30minut, co stawia pod znakiem zapytania moją przesiadkę do AMS:


Deboarding autobusem w FRA zajmuje bardzo dużo czasu. Do gejta z odlotem do AMS dobiegam 10min przed planowaną godziną odlotu, ale wygląda na to, że zdążyłbym nawet idąc spokojnie spacerem:


W AMS Andrzej już na mnie czeka. Śpimy w Ibis Budget (bo mają piętrowe łóżka i jest najtaniej). W domu i tak się ze mnie śmieją, że mam pokój z kolegą.
Wstajemy wcześnie, odlot do FRA o 7:40. Musimy iść jeszcze do odprawy z powodu problemów z wpisaniem numeru wizy do APIS. Mi udało się problem załątwić dzięki automatycznemy skanowi wizy w aplikacji mobilnej LH, koledze po 2 próbach zablokowało możliwość odprawy.
Samolot nocuje w FRA, więc ryzyka opóźnienia nie ma. Tak mi się wydawało jednak AMS posiada jeden pas na północny-zachód w potwornej odległości od terminala. Właśnie tam startujemy co daje ponad 20minut opóźnienia. Przy przesiadce 65minut na FRA na lot do USA i dodatkowo deboardingu lotu z AMS autobusem (!!!!!) robi się krucho. Znowu biegiem i znowu niepotrzebnie, bo boarding opóźniony. Po drodze z 3 kontrole paszportów. Do LAX lecimy A380:


Mija prawie godzina, zanim startujemy. Po drodze liczyłem na jakieś fajne widoki Grenlandii lub Islandii. Jednak chmury zaczynają się przed Szkocją i kończą... na chwilę przed Las Vegas. Po drodze wesoły personel (szczególnie jak na LH). Nie lubię systemu rozrwyki LH, staram się jak największą część lotu przespać.
W LAX jeszcze nie lądowałem, robię więc zdjęcia:


Tu gdzieś w środku kadru napis Holywood:



Po lądowaniu super szybkie imigration. Prawie bez kolejek, automaty do rozpoznania cech biometrycznych i żadnej rozmowy z urzędnikiem (myślałem, że jest zawsze ?). Po około 10minutach od wyjścia z samolotu, wyszliśmy z terminala. Mamy na całą przesiadkę około 3h, wystarczy na spacer:




Dalszy lot z już z United z terminala 7. Wszystko sprawnie i szybko. Według kapitana mamy dolecieć na miejsce o prawie 50minut przed czasem. Lecimy B757. Po drodze nieco egzotycznych dla nas maszyn:


No i start w stronę zachodzącego słońca:



Prawie cały lot przesypiam. Jest przyjemnie bo chłodno (strasznie gorąco i sucho było w A380 LH). Publicznym busikiem dojeżdżamy do hotelu. Pokój jest skromny, ale nie tragiczny. Jest chłodno i mocno wieje. To nie problem, bo następnego dnia rano lecimy na Maui. Noc po zmianie czasu o 11h nie jest tragiczna, udaje się wypocząć i nie ma problemów ze wstaniem wcześnie rano.

Maui - Haleakala

Rano pogoda także słaba. Na lotnisku jesteśmy przed czasem:


Lot trwa około 30minut (rozkładowo 48minut). Po drodze dostajemy soczek. Lot B717 specjalnie nie różni się niczym od serii MD-80.
Na Maui pogoda lepsza. Odbieramy samochód i jedziemy do znajomej kolegi:


Zostawiamy graty, jemy coś i jedziemy od razu na szczyt wulkanu Haleakala. Po drodze całkiem malownicza niby stara zabudowa miasteczka Makawao:


Wulkan Haleakala ma wysokość 3055mnpm i praktycznie na sam szczyt da się wjechać samochodem. W sieci piszą, że ta droga może pochwalić się rekordem wzniesienia w stosunku do dystansu (choć pewnie wszystko zależy od tego o jaki dystans chodzi). Wraz z wysokością robi się chłodniej.
Widoki z góry ciekawe, choć zdążyło się już nieco zachmurzyć:


Widok do wnętrza krateru ciekawy:


Słońce jest już nisko. Jest naprawdę zimno. Podobno kilka dni temu spadł tu śnieg.


Zauważam, że w oddali widać szczyty wulkanów z sąsiedniej wyspy Hawai:


Na mapie to grubo ponad 100km odległości. Po lewej widać wulkan Mauna Kea (z obserwatorium astronomicznym na szczycie i to w śniegu), po prawej Mauna Loa. Mauna Kea to najwyższy szczyt Hawajów (4205mnpm) i co ciekawe to najwyższe wzniesienie na świecie jeśli liczymy jego wysokość od podstawy (ponad 10km).
A to nasza wyspa Maui z góry. Część południowo zachodnia na której deszcz prawie nie pada z racji kierunku wiatrów i ukształtowania terenu (pada za to mocno po drugiej stronie, gdzie jedziemy następnego dnia).


Mieliśmy w planie przeczekanie na szczycie do zachodu słońca, ale jest zbyt zimno i wszystko traci kolory zamiast je zyskiwać. Decydujemy się na powrót, tym bardziej, że jetlag daje się we znaki.
Kolega Andrzej uparł się by pożyczyć Mustanga Cabrio. Znalazł niezłą taryfę na hotwire (40zł drożej za dzień od przeciętnego economy). Dostaliśmy co prawda coś innego, ale wygląda nieźle. W sumie dobrze, bo okazało się, że tutaj może nawet co drugi pożyczony samochód to Mustang, jest ich bardzo dużo. Robię jeszcze sesję zdjęciową naszego Camaro:




Samochód ma około 1,5 miesiąca i tylko 2000mil na liczniku (my w 2 dni zrobiliśmy 270). Z daleka wygląda nieźle, ale z bliska prawie każdą blachę ma już zarysowaną. Jesteśmy trochę przerażeni, bo na jazdę pod górę poszło 25% baku. W bagażniku przy złożonym dachu mieści się tylko 1 bagaż podręczny. Wnętrze nieco toporne, ale wygodne.
Wracamy na dół:

MauiHana Road

Następnego dnia planujemy sobie trasę dookoła wschodniej części wyspy (czyli wulkanu Haleakala). Pierwszy odcinek to droga do Hana, w lokalnych realiach droga ma charakter zabytkowy (pochodzi z początków XIXw) i jest jedną z głównych atrakcji wyspy. Po drodze setki zakrętów i kilkadziesiąt mostków (w większości wąskich co powoduje zatory). Jazda jest potwornie powolna, przejazd poniżej 100km zajmuje prawie 3h bez postojów.


Droga prowadzi przez najbardziej mokry obszar wyspy, roślinność jest bujna. Rzeczywiście co chwilę na zmianę pada i wychodzi słońce:



Pierwszy postój robimy w okolicy Ke‘Anae (płaski niewielki półwysep z historyczną zabudową). Zdecydowanie najczęściej widocznym samochodem jest Mustang:


Miały być sielankowe widoki, ale potwornie wieje i zaczyna bardziej padać:



Jeden z wielu mostków i wielu wodospadów. Nie robią specjalnie większego wrażenia, ale prawie przy każdym są zatory:


Docieramy do Waianapanapa State Park. Główna atrakcja tu to czarne plaże i dzikie fale. Wiatr wieje głównie od wschodu, ewentualnie północnego-wschodu (dlatego tu ciągle pada, bo masyw Haleakala powoduje wykraplanie wilgoci). Wieje tak bardzo, że w powietrzu unosi się zawiesina słonych kropli wody. Okulary i szyby samochodów szybko pokrywają się słonym osadem.






Jedziemy dalej. Po drodze 2 samochody wchłaniane przez przyrodę:


Dojeżdżamy do Hana, miasteczka na wschodnim skraju wyspy i... generalnie nic tu nie ma:


Największy sklep w mieście wygląda tak:


Kolejne 30-40min jazdy dalej za Hana jest jeszcze miejsce nazywane Seven Sacred Pools at Oheo, to część Parku Narodowego Haleakala (bilet wstępu na wulkan to 25usd za samochód, jest ważny 3dni, tutaj także trzeba go pokazać):


Większość turystów wraca z tego miejsca tę samą drogą. Da się objechać masyw Haleakala dookoła, ale po południowej stronie jest odcinek drogi o słabej kondycji na którym większość firm wypożyczających samochody (chyba wszystkie) nie pozwalają na przejazd (ubezpieczenie nie działa). My o tym nie wiedzieliśmy Google pokazuje, że powrót tą drogą jest jednak szybszy więc dylematów tym bardziej nie mamy.Problematyczny odcinek ma około 3km w linii prostej. Dramatu nie ma, ale swoim samochodem miałbym opory tam jechać, szczególnie z niskim zawieszeniem jak Camaro. Prowadził Andrzej i dał sobie świetnie radę.
Dalej droga jest komfortowa, a widoki fajne. W tym miejscu generalnie nie pada (z wyjątkiem dziś), nie ma już dzikiej roślinności, nie ma też drzew. Na horyzoncie, tam gdzie niebo jest jaśniejsze, widać jeszcze bardziej suchy obszar w okolicy Kihei i Wailea. W tych miejscach, gdzie jest sucho usytuowane są kurorty.



Ten odcinek drogi podobał mi się najbardziej. Szczególnie, że nie ma na nim turystów
Patrząc na mapę widać, że z drogi po południowej stronie Haleakala nie da się dojechać do Kihei choć w linii prostej aż się prosi. Jest tam spora różnica wysokości, ale nie taka by nie dało się wybudować drogi. W efekcie cała wschodnia część wyspy połączona jest z zachodnią tylko w jednym miejscu w Kahului w okolicach lotniska, gdzie oczywiście z tego powodu tworzą się zatory.
Jeszcze tego samego dnia jedziemy na zachód słońca w okolice Kihei i Wailea. Po drodze fajne zdjęcia masywu po zachodniej stronie Maui:


Centralna część wyspy jest płaska i najbardziej zurbanizowana. Wailea to kurorty. Pogoda jest tu przyjazna, żadnego wiatru:


Alejkami pomiędzy idealnie przystrzyżonymi trawnikami spacerują wystrojone party. Sielanka.
Średnia wieku to około 50-60lat, choć zdarzają się pary poniżej 30tki. Hotele przy tym nabrzeżu to koszty rzędu 500-800usd za noc.



Z tej plaży podobno często widać wieloryby. My ich nie widzimy. Wracamy do naszej części wyspy, gdzie oczywiście mocno wieje.

Hanaleiback to Kauai

Następnego dnia wracamy na Kauai. Świeci piękne słońce:


Po drodze zatrzymujemy się w Hookipa Beach Park. Tutaj praktycznie nie ma dzikich plaż. Te publicznie dostępne to Beach Parki, mają parking, toalety. Czasem są wręcz zatłoczone (weekendy). Mamy niezły widok na masyw po zachodniej stronie wyspy.



Terminale w Lihue i tutaj w Kahului (główne lotniska na Kauai i Maui) nie są zbyt wysokich lotów. Wyglądają marnie i absolutnie nie widać gigantycznych pieniędzy które zostawiają tu turyści. Kolega Andrzej jest smutnybo oddał już Camaro.


Większość powierzchni lotniska jest otwarta, bez okien i czasem z silnymi powiewami wiatru, kilka gejtów jest zamknięta z klimatyzacją (raczej dla Hawaiian). Poniżej widok z gejta, w tle masyw Haleakala i nasz samolot (z nr 11).


Hawaiian w lotach lokalnych działa bardzo sprawnie. Pasażerowie szybko wysiadają, boardingi bardzo sprawne. Godziny przylotu i odlotu dopasowane są z dużym zapasem, o godzinie przylotu w zasadzie jest się już w terminalu. Tym razem podczas lotu odrobina szczęścia i widać Oahu, niestety centrum Honolulu w chmurach, widzę za to lotnisko HNL i Pearl Harbour:


Personel to w większości lokalni mieszkańcy:


Odbieramy samochód, tym razem skromny. Jedziemy wyrzucić nadmiar bagażu do pokoju w Tip&Top Motel w Lihue. To najtańsza i chyba jedyna opcja noclegowa jaka nam została na te 3-4tyg przed wyjazdem, gdy rezerwowaliśmy bilety. Warunki są słabe (choć personel miły), nie ma nawet okna i wifi, a cena powyżej 100usd. Na pocieszenie świeci słońce.

LihueNapali Coast

Jedziemy szybko na północ, po drodze zatrzymujemy się w Lydgate Park:


Jest ciepło i przyjemnie, ale silny wiatr nie zachęca do wchodzenia do wody.


Wschodnia część wyspy jest stosunkowa płaska, więc przy wschodnim wietrze wilgotne powietrzne znad oceanu unosi się i ochładza na wzniesieniach tak, że prawie codziennie nad plażami po wschodniej stronie wyspy jest trochę niebieskiego nieba, gdzie rano udaje się słońcu trochę poświecić pod chmurami. Jedziemy dalej na północ wyspy, tam słońca już nie ma, zaczyna padać.
Już podczas pierwszej nocy na Kauai, jeszcze przed dotarciem na Maui widzimy chodzące po ulicach kury. Już wiem, że to dzika populacja. Kury są wszędzie, mam wrażenie, że cieżko zrobić zdjęcie na którym kur nie widać. W sieci czytam, że historia wzrostu populacji dzikich kur jest obecnie przedmiotem badań. Wszystko zaczęło się od huraganu w 1982, który uwolnił kury z kurników. Pomógł kolejny w 1992. Kury nie mają naturalnych wrogów (nie ma dzikich psów, kotów) i poczuły się pewnie. Można je spotkać praktycznie wszędzie, na parkingach sklepów, przy atrakcjach turystycznych, na plażach, na ulicach. Są dosyć śmiałe, na granicy wchodzenia do samochodów. Podobno około 5 lat temu było ich jeszcze więcej, potem ich liczba nieco się zmniejszyła (prawdopodobnie efekt kurzej epidemii) co doprowadziło do objęcia kur ochroną (i to z tego co pamiętam byli za tym mieszkańcy).
Chcąc skorzystać z chwili znośnej pogody próbujemy pozwiedzać North Shore Kauai. Głównie w całym wyjeździe zależy mi na widokach w okolicy Napali Coast. Po drodze odwiedzamy latarnię Kilauea, słabiutko i do tego kasują za możliwość oglądania ptaków. Zjeżdżamy też do Princeville. Hermetyczne miasteczko bogaczy, z polem golfowym w centrum i w którym większość bocznych ulic jest prywatna i nie można na nie wjechać. Coś strasznego. Przy głównej drodze są punkty widokowe na Hanalei Valley i Hanalei Bay. Pogoda jak widać już typowa, ale jeszcze klimatycznie:


W Hanalei zimno i pusto. Ludzie wjeżdżają na plaże samochodami i nie wychodząc z nich patrząc chyba się relaksują.


Jakiś ruch jest w butikowo knajpowej okolicy miasteczka. Wygląda to mocno kiczowato, ale przynajmniej coś się dzieje:


W restauracjach pustawo, bo drogo. Większą popularnością cieszy się jedzenie na wynos. Hamburger z frytkami to minimum około 17usd.


Na plus jakieś galerie i plansze z informacjami o lokalnej historii:


Pada deszcz. W prognozach widze, że pada praktycznie na całej wyspie i tak od dawna i w zasadzie to samo na najbliższe dni.
Ludzie tu chyba są mocno przywiązani do swoich samochodów, bo takie widoki są tutaj na porządku dziennym:


Wracamy do naszego motelu. Ten odcinek drogi jest fajny:


Może jutro pogoda będzie choć nieco lepsza.

LihueNapali Coast

Następnego dnia jak zwykle chmury, jak zwykle bardziej nad wyspą i w oddali widać niebieskie niebo. Nisko jeszcze świecące słońce przebija się pod chmurami i wygląda to fajnie:


Nawet z ciemnymi chmurami w innym kierunku w słońcu jest przynajmniej kolorowo:


Na Kauai jest tylko jedna główna droga wybrzeżem wyspy (2 miasteczka mają coś w stylu obwodnicy). Wyspy nie da się objechać dookoła (ze względu na chronione i niedostępne nabrzeże Napali Coast). Na drodze tej często powstają zatory, w szczycie sezonu można podobno stracić w korkach wiele godzin.
Znowu jedziemy na północną część wyspy, tym razem jednak w planie obszar na zachód do Hanalei, czyli Kalalau Trail, a dokładnie, to chociaż dojście do Hanakapiai Beach.
Cały szlak Kalalau Trail ma 11mil i jest jedynym wzdłuż malowniczego wybrzeża Napali Coast. Przejście całości wymaga sprzętu do biwakowania i wcześniej wykupionych permitów na noclegi. Ostrzyłem sobie zęby na to od dawna, ale tym razem przejście całego szlaku nie jest możliwe, mamy za mało czasu i nie mamy namiotu.
Po drodze znowu ten sam punkt widokowy na Hanalei Bay:


Po drodze zatrzymujemy się na chwilę przy Tunnels Beach. Trafiamy na skromną ceremonię weselną lokalnych mieszkańców:




Plaża jest zorientowana nieco na zachodnią stronę dzięki czemu nie wieje tutaj mocno. To pierwsze miejsce na Hawajach, gdzie widzę rodziny z dziećmi, które przyjechały to odpocząć. Baza noclegowa jest słaba, generalnie ciężko tu już nawet dojechać, bo po drodze liczne mosty jednokierunkowe i duży ruch, więc korki. Ludzie których widzę śpią w wynajętych domach (raczej sporych na wysokim poziomie).
Na niebie cały czas widać śmigłowce i małe samoloty. Napali Coast to największa atrakcja Kauai, większość turystów zwiedzanie ogranicza do lotu widokowego. Śmigłowiec kosztuje około 250usd, samolot połowę tej stawki. Chętnych nie brakuje, bo jakikolwiek śmigłowiec widzę cały czas. W pewnym momencie widziałem 4 na raz. Jedziemy dalej. Przy początku szlaku Kalalau Trail jest parking, ale niewielki i zaspokaja może 10% potrzeb, kolejny jest z 1-2km dalej i zaspokaja może kolejne 10%. By znaleźć miejsce trzeba mieć niebywałe szczęście, czekać i też mieć szczęście lub być tu chyba o 7:00 rano. Pomiędzy parkingami i nie tylko cała ulica jest zastawiona samochodami, większość stoi na zakazie i ma to gdzieś, bo mandaty to marne 30-35usd, co pewnie większość uznaje po prostu za akceptowalną opłatę za parking. Szlak zaczyna się tak:


Po tej stronie wyspy aktualnie nie wieje. Jest więc przyjemnie nawet gdy co jakiś czas lekko kropi deszcz. Na szlaku jest tłoczno, pusto robi się pewnie dopiero w części dozwolonej dla biwakowców. Widzę sporo ludzi z dziećmi i zupełnie innych turystów, niż w Hanalei lub okolicach kurortów. Tu mi się podoba. Generalnie idzie się na zmianę w górę i w dół:





Szlak i całą okolica mocno przypomina mi park narodowy Abel Tasman w Nowej Zelandii, choć tu jest mniej dziko, mniej zielono i jednak mniej malowniczo. Do tego cały czas słychać helikoptery, po 1-2h zaczynają denerwować. W Abel Tasman miałem namiot, ciężko się szło z plecakiem 20kg, ale miło to wspominam. Po Hawajach jeszcze bardziej miło. Dojście do Hanakapiai Beach jest szybkie i bezproblemowe, ale już na dole przy plaży by iść dalej trzeba przejść przez strumień i to głębszy niż do kolan. Przy okazji tracę skarpetkę. Moźna stąd skoczyć jeszcze na wodospad idąc w górę strumienia, ale nam się nie chce:


Wracamy więc tę samą drogą:




Podobało mi się, zmęczyłem się i jestem zadowolony. Ale jeśli ktoś myśli, że na tym szlaku zobaczy w pełnej krasie Napali Coast to raczej nie bardzo. Myślę, że najlepsza opcja to jednak kupno rejsu łodzią, bo to daje perspektywę, no i potrzebna jest pogoda, bo bez słońca wszystko wydaje się płaskie, nie czuje się przestrzeni i nie widać kolorów.
Dokładnie to za ten zestaw w Hanalei zapłaciłem 17usd (chyba najtańszy i było tam najwięcej klientów), hamburger był gorszy niż w McD:

PoipuLast day

Następnego dnia od rana chmury, jak zwykle. Wymeldowujemy się z radością z znienawidzonego hoteliku. Jedziemy południową stroną wyspy na jej zachodnią stronę. Kauai nie da się objechać dookoła ze względu na strome nabrzeże Napali Coast. Generalnie praktycznie nie da się też wjechać w sam środek wyspy, prawie nie ma tam dróg. Najbardziej dostępna jest droga krawędzią kanionu Waimea w stronę punktów widokowych na Napali Coast (od tyłu). Sam skrajnie zachodni obszar wyspy to badawczy ośrodek rakietowy należący do wojska. W praktyce pewnie ochrona przed potencjalnym atakiem rakietowym Korei Północnej.
W tym miejscu podobno częściej jest sucho i słonecznie. W naszym przypadku akurat pada. Spóźniam się chwilę na zdjęcie helikoptera na tle wodospadu. Tu oczywiście też helikopter za helikopterem. Widoki nie robią wrażenia, parkingi przy punktach widokowych pełne:


Jedziemy dalej w stronę Napali Coast, najpierw punkt widokowy Kalalau Lookout, potem Pu’u O Kila Lookout:



Widok ładny, ale nie rzuca na kolana, fajnie wyglądają chmury poniżej. Wkurza to, że widać obszar niebieskiego nieba kilkaset metrów od linii brzegowej w stronę oceanu. Decydujemy się przejść dalej szlakiem w kierunku Pihea Vista junction. Wszyscy idący z przeciwka są cali w błocie. Nie tylko buty i nogi, ale ręce i plecy. Jest błoto i ślisko, ale nie aż tak. Dopiero bliżej celu robi się stromo i skrajnie błotniście. My jesteśmy już w ubraniach w których mamy wracać wieczorem do domu, więc musimy uważać Na zdjęciu wygląda to skromnie:


Udaje nam się bezpiecznie wrócić. Tylko buty wymagają mycia. Chodzenie po szlakach to największa atrakcja jaką udało nam się zaznać na Kauai. Jest fajnie Trzeba tylko przymknąć oko, na przelatujące co chwilę helikoptery, które akurat tutaj przelatują bardzo nisko.Wracamy tę samą drogą na popołudnie w kurortowej okolicy Poipu. Gdy dojeżdżamy słońce jest już na tyle nisko, że zaczyna się wychylać spod czapy ciężkich chmur przymocowanych chyba na stałe do wyspy. Poipu to głównie hotele i rezydencje. Okolica bardzo zadbana:



Docieramy do Poipu Beach park, plaży publicznej.


Jest sobota, na plaży sporo miejscowych mieszkańców całymi rodzinami oraz wesele (przyjezdnych):


Plaża wygląda tak, więc średnio (kolega Andrzej myśli o swoim życiu):


Na plaży odpoczywają zwierzęta. Otoczone taśmą by nikt im nie przeszkadzał, ale dookoła i tak ciągły tłum turystów:



Są też oczywiście kury, które są tu przecież wszędzie:

LihuePowrót

Przed wieczorną falą odlotów są spore kolejki do security. Spotykamy parę rodaków oraz emigrantkę z Polski mieszkającą na zachodnim wybrzeżu.
Na lotnisku jest wiele rodzin z dziećmi, których prawie nie widać na wyspie. Temat przewodni to fatalna pogoda, wszędzie słyszę rozmowy na temat pogody. Lecimy 737-800 United do San Francisco:


Znowu przód samolotu pełny, siedzenia dla ekonomicznej plus zapchane, a te najtańsze z tyłu puste. Mamy po 3 siedzenia na osobę. Kapitan mówi, że przynajmniej przez 30% lotu będzie mocno rzucało. Ja jednak liczę na to, że się wyśpię, na wszelki wypadek przypinam się pasami i rzeczywiście spokojnie przesypiam cały lot (nie wiem nawet czy rzucało). W San Francisco mamy tylko 49minut na przesiadkę. Jednak widząc, że tutaj godziny przylotów i odlotów są z dużym zapasem jestem spokojny (do tego wiem już, że loty są z gejtów usytuowanych blisko siebie). Lecimy z United na B757. Odlot do Nowego Yorku mamy o 6:00 rano, jest jeszcze zupełnie ciemno, a szkoda, bo liczyłem na jakiś widok na miasto. Byłem w San Francisco w 2009 i bardzo mi się podobało. Na szczęście oczekiwanie na start nieco się opóźniło i łapię jeszcze kolory przed wschodem słońca:





No i jak na życzenie jest San Francisco. Widać nawet Golden Gate:



Chwilę później wschodzi słońce, zaczynają się góry (i chwilę później chmury):


Chmury kończą się przed Denver. Przelatujemy centralnie nad miastem i tylko kątem oka udaje mi się dostrzec lotnisko DEN. Identycznie sytuacja wygląda z przelotem nad Chicago i widokiem na ORD.
Na 2-3 tyg przed lotem rezerwowałem fotele. Zauważyłem wtedy, że bez dopłaty poza całym ogonem jest też do dyspozycji pierwszy rząd ekonomicznej przy wyjściach awaryjnych, zapewne z powodu ograniczone ścianką miejsca na nogi. Lubie, gdy w samolocie jest chłodniej, a w exit row zwykle jest więc się nie zastanawiam. Być może dzięki temu otrzymaliśmy podczas lotu ciepły posiłek. W sieci czytam później, że United na kilku trasach serwuje darmowy ciepły posiłek. Dotyczy to połączeń pomiędzy San Francisco i Los Angeles, a portami Nowego Yorku oraz Bostonem. Tyle, że według informacji online dotyczy to tylko ekonomicznej plus, czy siedzeń z dopłatą. Nasz pierwszy rząd być może zostało za takie omyłkowo uznany, choć nie widziałem, czy tył samolotu też dostał, czy nie dostał ten posiłek. Nie taki zły ten United:


Przesiadki na EWR się boję. Byłem tam w 2009 z LH, chyba na terminalu B i mam złe wspomnienia. To dla mniej jedno z najgorszych lotnisk na jakich byłem. Tym razem przesiadka na terminalu C, który jest po przebudowie i wszędzie się nim chwalą. Myślę sobie, że tragicznie być nie może.... Docieramy do Nowego Yorku. Długie podchodzenie do podejścia na niskiej wysokości (podobnie miałem w 2009). Widać z góry, że jest zimno. Terminal C po przebudowie przedstawiany jest jako restauracja z 5 gwiazdkami. Przez długie podejście strasznie chce mi się do ubikacji. Wychodzę z gejta i .. jest ładnie, rzeczywiście cały środek pirsów wypełniony jest knajpami wyglądającymi na drogie. Szukam znaczka WC i .. nie ma. W takich chwilach tęskni się za AMS lub MUC, gdzie wszystko jest pięknie oznaczone. Idę w stronę centralnej części terminala i nic, żadnej toalety. Znalazłem jakaś w kolejnym pirsie, po przejściu ponad 400m, wchodzę a tam 3 kabiny, jedna z napisem, że popsuta, dwie w takim stanie jakby ich nikt nie mył od 2tygodni (nie da się z nich bezpiecznie korzystać). Biegiem już biegnę do kolejnego pirsu, gdzie na szczęście jest więcej kabin. Szok, jak można tak projektować terminal ?!?!? Pogoda jest fajna, widoki niezłe:




Wizualnie terminal jest ok, ale rzeczywiście wstawili knajpę w każde dostępne miejsce (może to tłumaczy brak toalet):


Mamy tu ponad 3h na przesiadkę jest więc czas by nieco pospacerować. Gdy docieram do gejta z którego mam odlot do AMS (United na 767) ręce mi opadają już totalnie. Nie z powodu planowanego opóźnienia lotu o około 1h (chyba z powodu niekorzystnego wiatru), ale dla 3 gejtów przeznaczonych do obsługi widebody w jednym narożu pirsu przewidziano jedną wspólną przestrzeń z miejscami na oczekiwanie, którą przebudowano na... oczywiście restauracje. Zrobiono podobnie jak przy wielu innych gejtach stoliki z tabletami z menu, gdzie w razie potrzeby kelnej przynosi zamówiony posiłek lub napój. Wykorzystanie przestrzeni taki, że siedzi pewnie 1/3 osób w porównaniu z typowymi siedzeniami.
To co widać na zdjęciu poniżej to połowa miejsc siedzących dla około 400 oczekujących osób:


Projektanci i managerowie terminala mocno się pogubili w pogoni za zyskiem. W efekcie na 1h przed boardingiem ludzie już stoją w kolejce (bo nie mają gdzie siedzieć), Ci którzy nie chcą stać siedzą na posadzce, w tym rodziny z dziećmi. Totalna masakra i wstyd. Większego nieporozumienie nie widziałem i lotnisko w Newark pozostaje na najbardziej śmierdzącym dnie mojego rankingu portów które odwiedziłem.
Obudowy silnika naszego 767 są otwarte. Pierwotnie się tym nie martwię, ale nagle ogłaszają, że silnik nie przechodzi testów i jest problem. Mam w AMS 3h 40m na przesiadkę na odrębnym bilecie do FRA i dalej do POZ. Zaczynam się nieco niepokoić, bo 1h już jest stracona.
Przez głośniki podają najpierw, że opóźnienie będzie niewielkie, później coraz większe. Ciężko mi o optymizm, gdy słyszę, że boarding za 20minut, gdy przez okno widzę jak panowie odchodzą od silnika z opuszczonymi głowami, ustawiają się w kółku i rozkładają ręce w geście bezradności.
Opóźnienie rośnie, zaczyna robić się ciemno, panowie pracują z latarkami. W końcu widzę, że zaczynają się pakować:


Robią kolejny test i jest ok. Boarding zaczyna się późno, ale czas na przesiadkę w AMS zostaje mi bezpieczny. Po starcie mamy fajny widok na nocny Manhattan:


Lot całkiem fajny. Schodzi szybko, dużo śpię. United nie jest takie złe jak wielu tutaj pisze. Pokładowe wifi z nielimitowanym dostępem do usług United i partnerów jest bardzo fajnym rozwiązaniem (w tym map lotów i informacji na żywo o innych lotach oraz do systemu rozrywki). W AMS lądujemy na najbardziej odległym od terminala pasie (startowaliśmy z niego do FRA). Czuję już zmęczenie. Żegnam się z Andrzejem który leci do GDN bezpośrednio KLM. Poznań się rozwoju nie doczekał, więc jestem skazany na LH. Odlot bez opóźnień:


No i terminal w AMS:


W FRA budzę się już po lądowaniu. Deboarding znowu autobusami. Patologia.
Przelot FRA-POZ już cały przesypiam. Jestem w domu.