ROBERT SADŁOWSKI

PORTFOLIO

Table Mountain

Posted: Kapsztad, 27.11.2016 by Robert

Kolejny poranek był leniwy, na tyle, że kosztowało nas to dłuższą o jakieś 15-20min kolejkę do kolejki linowej na Table Mountain. Przez kolejne dni dojazd tutaj byłby dla nas problematyczny, a dziś moglibyśmy w zasadzie dojść do dolnej stacji na piechotę. Dla wygody dowożę żonkę i małego pod samą kolejkę, a sam cofam się nieco do pierwszych wolnych miejsc parkingowych.
Bilet jest dosyć drogi, aż 255R (obecnie 1R = 0,305PLN, gdy kupowałem bilety 1R = 0,275PLN), by nie stać w kolejce 2x warto go kupić w sieci (bilet i tak ważny jest tydzień). Różne są teorie o jakiej porze dnia warto wybrać się na górę. Rano często szczyt spowity jest mgiełką, ale rano też jest lepsze światło i czasem fajny widok na mgiełkę na dole. Na godziny wieczorne była akurat promocja (50%), ale oznacza to spore kolejki w oczekiwaniu na powrót na co z dzieckiem nie mogliśmy sobie pozwolić. My jednak mamy pogodę absolutnie nietypową dla tego miejsca o tej porze roku, prawie 30C już o 9:00 rano, więc o mgiełce nie ma mowy.
Wagoniki kursują wahadłowo i poruszają się dosyć szybko. Na całej trasie nie ma zdaje się żadnego słupa, jedzie się pod bardzo stromym kątem do góry. Wagony są spore, mieści się w nich po 60 osób, a by każdemy dogodzić podłoga obraca się powoli podczas jazdy. W sieci wyczytałem, że pod podłogą są spore zbiorniki na wodę, która służy jako balast a przy okazji zaopatruje budynki na górze (pomimo tego, przy silniejszym wietrze kolejka jest zamykana - a wieje tu mocno i często):

Zakotwienie lin na górze wygląda solidnie:

Na górze jest płasko, gdyby nie widoki, byłoby nudno (widok na centrum, przy stadionie wzgórze Signal Hill, po lewej szczyt Lions Head, mój cel na wieczór):

A to widok na południe, miejsca jest naprawdę sporo. Góra ma ponad 1000mnpm, jest tu więc wyraźnie chłodniej, trzeba jedynie uważać na słońce.

Na koniec jeszcze widok na Lions Head, na dole widać nawet dach naszego domu

Na obiad idziemy do wyluzowanej low costowej knajpki Mixas (gdzieś w sieci przeczytałem o niej dobre zdanie, a jest blisko). A później krótka wycieczka do dzielnicy Dystrykt 6 (skojarzenie z filmem Dystrykt 9 jak najbardziej właściwe). Dawniej mieszkali tu niewolnicy, rzemieślnicy i kupcy. Nie tylko czarni, ale także przesiedleńcy (przymusowi) z Azji. Dzielnica aktywnie żyła, lecz gdzieś w połowie XX wieku spodobała się białym na tyle, że z czasem wszystkich jej mieszkańców przymusowo przeniesiono do nowych nieatrakcyjnych terenów Cape Flats, a Dystrykt 6 zrównano z ziemią, budując nowe domy. Dziś jest tam nawet zdaje się jakaś uczelnia wyższa, dzielnica nie zachwyca, ale cały obszar jest znany z lokalnego street artu:

Dziś Cape Flats to Mitchells Plain najniebezpieczniejszy obszar miasta. Wraz z sąsiednią dzielnicą Khayelitsha najgorsze slumsy. Nie da się tych obszarów nie zauważyć jadąc gdziekolwiek na wschód autostradą N2. To także okolice portu lotniczego.

Treking na zboczach Merapi

Posted: Kaliurang, 09-03-2013 by Robert Sadłowski

W Kaliurangu zatrzymaliśmy się w Vogels Hostel (www.vogelshostel.net). Czytałem o nich wcześniej w kilku relacjach i każdy był zachwycony.
Byłem pewien, że hostel będzie pełny, ale okazało się, że z gości jesteśmy tam tylko my. Na szczęście niedługo dojechał jeszcze Amerykanin... rowerem. Porozmawialiśmy z nim trochę. Mieszka w Serbii, ma tam żonę, nie cierpi Stanów Zjednoczonych, bo uważa, że miasta są tam potwornie brzydkie, ludzie leniwi, a urzędnicy i rząd głupi. Przyznał jedynie, że trzyma obywatelstwo, bo się przydaje. Dopiero późnym wieczorem przyznał się, że rozumie trochę język polski (chciał nas podsłuchiwać, drań), nie mógł zrozumieć, dlaczego nie pijemy nawet piwa (mnie też to bolało, ale akurat nie mogłem, a Monika wolała soki). Mamy sporo czasu na odpoczynek i notatki z podróży:


Bardzo ciekawą osobą jego właściciel hostelu, Christian Awuy. Czytałem, że facet organizuje trekingi po okolicy, ale nie spodziewałem się, że (jak się okazało) ma... 67 lat. Po hostelu chodził powoli i przygarbiony, ale odzyskiwał wigor i tempo na szlaku, pod górkę trudno było czasem dotrzymać mu kroku.
Hostel jest nieco zaniedbany, ale utrzymany w klimacie górskim. Na ścianach same zdjęcia wulkanu, mapy, zdjęcia z trekingów, artykuły z gazet o wulkanach. Hostel jest też restauracją, w której naprawdę pyszne posiłki przygotowuje żona Christiana, jest tanio i można bardzo dobrze zjeść. Christian Awuy jest prawdziwym miłośnikiem wulkanów, szczególnie Merapi. Kocha to, co robi i miejsce, w którym żyje. Dawno temu studiował coś związanego z wulkanami, później pływał na statkach (był nawet w Gdańsku), a za zarobione pieniądze zorganizował ten hostel. Prowadzi go już od 30 lat, a obok swojej działalności w branży turystycznej włącza się także w akcję prewencji i ewakuacji ludności w czasie wybuchu wulkanu. Rozplanował też plany ewakuacji lokalnej ludności i aktywnie działa w uświadamianiu mieszkańców o zagrożeniach jakie niesie Merapi. Za swoją działalność w 2002 roku został Człowiekiem Roku w Indonezji.:

Aż pozazdrościłem, że u nas takie tytuły przyznają raczej czasopisma i raczej bardziej celebrytom niż tym, którzy rzeczywiście robią coś dobrego. Został doceniony, a i tak żyje skromnie. Wygląda na szczęśliwego i mówi, że jest szczęśliwy i zdrowy, bo robi to, co lubi. W dodatku ten prawie siedemdziesięcioletni człowiek świetnie włada językiem angielskim. Niesamowity człowiek, którego warto poznać. Moja Monika była nim zachwycona.
Mimo że oficjalnie trekingi organizowane są dopiero dla grup powyżej 4 osób, Christian nie robił problemów, by iść tylko z nami. Okazało się, że mieli dojechać jeszcze jacyś Koreańczycy, ale przestraszyli się deszczu (zaczęło padać, gdy tylko dojechaliśmy do Kaliurangu).
Też obawialiśmy się deszczu na trekingu, ale dziadek Christian mówił, że gdy po południu mocno pada, to rano będzie pogodnie (choć wtedy było nam w to trudno uwierzyć). Pobudkę mieliśmy już przed 4:00 rano. Najpierw dostaliśmy śniadanie (w pakiecie), a przed wyjściem był jeszcze briefing: pełen profesjonalizm, z planszami, mapami, zdjęciami itp. Gdy wychodziliśmy, było jeszcze ciemno, mieliśmy przerwę na wschód słońca, potem, niestety, zaczęło padać i momentami, gdy kilka razy pojechałem po błocie na tyłku w krzakach, zastanawiałem się, czy wiemy, co robimy. Merapi ma strefę, powyżej której nie wolno wchodzić. Im bliżej tej strefy, tym bardziej ścieżka, którą szliśmy zanikała. W pewnym momencie nie było jej już wcale. Po prostu przedzieraliśmy się przez tropikalną roślinność w ciemności. Dziadek po drodze opowiadał, że jest coraz więcej turystów z Chin, że strasznie krzyczą i nie potrafią się zachować (też to widzę w wielu miejscach). Nie lubi ich i na trekingi z nimi wysyła często syna. Dobrze kojarzył Polskę, ze względu na miasto portowe Gdańsk i naszego papieża. Monika po drodze wdała się z nim w rozmowę o lokalnej florze i faunie, generalnie bardzo miła wycieczka. Gdy już zbieraliśmy się do powrotu, powiedział nam, że czasem sam się gubi, bo wszystko w porze deszczowej szybko zarasta i za każdym razem szlak wygląda inaczej. Stara się orientować w przestrzeni na podstawie pagórków i dużych drzew, a jak ich nie widać, to zostawia sobie znaki. Gdy wulkan w 2010 zmasakrował kilka wiosek, już po kilku miesiącach wszystko porastała trawa o dwumetrowej wysokości. Dziadek ciągle utrzymywał, że zaraz się przejaśni, bo tak zwykle jest - i miał rację. Chmury się rozeszły i w ciągu 10-15 minut z deszczu i gęstych chmur, mieliśmy taki widok:

Widać dym z krateru.
Za cały pakiet: nocleg, treking oraz jedzenie - 2 śniadania (przed i po trekingu), 2 obiady i kolację - zapłaciliśmy łącznie niecałe 100 zł od osoby.
Kaliurang jest fajny, gdyż jest tam zdecydowanie chłodniej niż w Yogyakarcie. Miasteczko znajduje się na wysokości około 800-900 m n.p.m. i ma charakter nieco uzdrowiskowo-rekreacyjny (coś jak góry Błękitne dla Sydney).

Po powrocie z Kaliurangu do Yogyakarty wybraliśmy sobie lepszy hotel, by odpocząć (z fajnymi knajpami w okolicy). Niestety, przez pół wieczoru i prawie całą noc akurat na naszej ulicy nie było prądu. Nie działała ani klimatyzacja, ani oświetlenie, rano zniknęła woda w łazience. Generalnie koniec świata. Ale cały hotel i pokój był przyjemny. Mimo wszystko udało nam się odpocząć przed czekającą nas (długą) podróżą do Jakarty.

Coromandel

Posted: Coromandel Town, 20-03-2012 by Robert

Pakujemy się i uciekamy dalej, tym bardziej, że prognozy przewidują iż ładna pogoda przyjdzie z zachodu. Kierujemy się w stronę Matamata, czyli Tolkienowskiego Hobbitonu. Gdy docieramy do miasta staje się cud, chmury znikają i zaczyna świecić słońce. Wiedziałem, że Hobbiton jest w pewnej odległości od miasta i że można go zwiedzić tylko wycieczką zorganizowaną, ale nie wiedziałem, że są one aż tak drogie. Nie poddajemy się i mając tylko orientacyjne informacje zaczynamy go szukać na własną rękę. Udaje się, znajdujemy go, ale niestety z ulicy niemal nic nie widać. Mogę tylko powiedzieć, że Hobbiton jest właśnie gdzieś tutaj:

Jedziemy dalej. Zatrzymujemy się jeszcze w Karangahake Gorge, gdzie łazimy po lokalnych szlakach i oglądamy pozostałości starej kopalni. Jeszcze przed Whangamata teren staje się bardziej górzysty, a pomiędzy pagórkami coraz częściej widać błękitny ocean. Prowadzenie samochodu znowu stało się przyjemnością taką jak na wyspie południowej.
Docieramy wreszcie do miasteczka Tairua, gdzie znajdujemy jakiś kamping w prywatnym ogródku. Miasteczko sprawia wrażenie bogatego, bardzo zadbanego, nie jest jednak tak turystyczne jak Queenstown. Architektura jest na wysokim poziomie (drewno i szkło), stali mieszkańcy to w dużej części emeryci, a duża część domów to weekendowe rezydencje bogatych mieszkańców Auckland. Pewnie nie tylko ja doceniam tutejsze walory jazdy samochodem, bo już na wyspie południowej mijaliśmy sporo zabytkowych aut, jednak tutaj jest ich jeszcze więcej:

Tairua ma też ciekawy walor geograficzny. Spora część zabudowy usytuowana jest na zboczach niewielkiego wulkanicznego pagórka. Góra Pako, bo tak się nazywa, połączona jest ze stałym lądem tylko wąską groblą. Oczywiście następnego dnia z samego rana przed wyjazdem wspinamy się jeszcze na górę by zrobić kilka zdjęć:

Udajemy się w kierunku Cathedral Cove, po drodze mijamy kolejne malownicze i zadbane miasteczko Hahei:

Lokalna zabudowa wygląda tutaj jak u wybrzeży Australii, czyli bogato i architektonicznie ciekawie:

Zostawiamy samochód i idziemy szlakiem wzdłuż wybrzeża. Przyroda jest inna niż na wyspie południowej, bardziej tropikalna, ale nie mniej bajkowa:

Docieramy wreszcie do plaży z formacją skalną Cathedral Cove. To w tym miejscu rozpoczyna się akcja drugiej części filmowej adaptacji Opowieści z Narni:

Warta odwiedzenia jest jeszcze znajdująca się w pobliżu plaża Cooka w której okolicy w 1769r kapitan James Cook obserwował przejście Merkurego na tarczy słonecznej. W miejscowości Whitianga jemy najlepsze Fish and Chips, może dlatego, że mniej jest tutaj drogich rezydencji, a więcej ludności zajmującej się rybołówstwem. Miasteczko nie wygląda już jak kurort, ale jak miasteczko:

Zachęcony przewodnikowym opisem i wcześniejszym doświadczeniem jazdy na szutrze skręcam jeszcze na drogę Black Jack Road i docieramy aż do plaży przy Opito Bay. Turystów tutaj nie ma już w ogóle. Wieczorem kolejną malowniczą trasą w poprzek półwyspu docieramy do Coromandel Town, gdzie chyba nie mamy wyjścia i wybieramy jedyny kamping Top10. Kamping jest bardzo zadbany, ale w zamian każą nam płacić dodatkowo za prysznice. Do Coromandel Town podobno latem zjeżdżają turyści z Auckland i rzeczywiście na kampingu jest sporo osób do przyjechali w własnymi łodziami, ale na głównej ulicy ich nie widać:

Pomimo wyjątkowo ciepłego i słonecznego dnia, właśnie tutaj przeżyliśmy najchłodniejszą noc. Jak na złość okazało się, że większość lokalnych turystów udaje się o 4-5 rano na ryby. Hałas był więc spory, wyspać i tak się nie udało. Ale nie ma co płakać. Jeszcze tylko suszenie namiotu z porannej rosy i w drogę:

Góry Błękitne

Posted: Sydney, 18-09-2009 by Robert Sadłowski

eby nie było nudno znowu wczesna pobudka. Ubieram się, zgarniam spakowany już plecak i biednę na dworzec kolejowy. Tu niespodzianka. Okazuje się, że jest sobota, a ja sprawdziłem rozkład jazdy pociągów na dzień pracujący. Niepotrzebnie wstałem tak wcześnie, bo do pociągu mam godzinę. Wkurzyłem się, ale tylko przez chwilę. Uznałem, że powinienem zdążyć dojechać metrem do Circular Quay, obejrzeć okolicę o wschodzie słońca i wrócić w porę na pociąg. Warto było, nabrzeże było niemal całkowicie puste, a na pociąg zdążyłem:

Góry błękitne położone sa bardzo blisko Sydney. To nieco ponad 1,5h jazdy pociągiem. Obszar gór wzdłuż linii kolejowej ma niemal charakter uzdrowiskowego kurortu. Panuje tam chłodniejszy klimat, a zimą (czyli w lipcu) podobno czasem pada śnieg. Góry Błękitne to góry nietypowe. Góry w których ciągi komunikacyjne biegną grzbietami, a bardziej dzikie i niedostępne są głębokie doliny otoczone stromymi klifami. Być może dlatego góry te przez ponad 40 lat od lądowania kapitana Jamesa Cook w 1770 pozostawały nieprzebyte. Pomimo iż góry łatwo pokonać grzbietami to nie wiedząc tym każda kolejna ekspedycja próbowała przejść góry dolinami co kończyło się niepowodzeniem.
Wysiadłem w miejscowości Katoomba, jest cicho, spokojnie i bogato. Wziąłem mapkę z punktu informacji turystycznej i idę w stronę klifu, gdzie zaczynają się szlaki. Odwiedzam po drodze Scenic World miejsce w którym kolejką linową z wagonikiem z przeszkloną podłoga można przejechać nad kanionem lub inną kolejką zjechać na dno doliny. Widzę pierwszą panoramę gór (żółty wagonik widać po prawej):

Idę dalej, droga kończy się punktem widokowym, wielkim placem z sklepikami z pamiątkami. Przez chwilę powiedziałem w myślach sam do siebie: to wszystko? Może czas wracać do Sydney? Ale skoro już tu jestem uznałem, że warto zejść szlakiem na dół, wybrałem najbardziej znany The Giant Stairway. Szlak prowadzi do Trzech Sióstr, najbardziej znanej formacji skalnej w okolicy.
Oczywiście Trzech Sióstr są doskonale widoczne z punktu widokowego (po lewej).

Schodzę. Wrażenia jak w Słowackim Raju tyle że wyżej, ale adrenalina mniejsza niż na Orlej Perci. Ludzie jednak rozemocjonowani i jest już fajniej. Poniżej Trzech Sióstr praktycznie nie ma turystów, a szkoda, bo szlak robi się coraz ciekawszy. Roślinność staje się coraz bardziej bujna. Korony drzew sięgają naprawdę wysoko i są tak gęste, że gdy dochodzę na dół panuje tam tajemniczy półmrok (z wrażenia prawie łamię sobie nogę na trzecim od końca metalowym stopniu szlaku). Cieszę się, że tu przyjechałem i szkoda mi większości turystów dla których wizyta w Górach Błękitnych kończy się na placu z punktem widokowym jakieś 300 metrów wyżej. Idę szlakiem gdzieś w kierunku wschodnim i po może 2 kilometrach postanawiam, iż wejdę innym szlakiem na górę odwiedzając po drodze kilka wodospadów:

Wchodze na górę już w miejscowości Leura. Ulice i domy są tam jeszcze bardziej zadbane niż w Katoombie. To miasto - ogród. Nastrój jest sielankowy, ale czuję iż to zdecydowanie elitarna okolica i byle kto nie ma szans by tu mieszkać:

Powoli zmęczony i zadowolony idę na stację kolejową. Chyba na jakiś czas zasypiam na peronie, w pociągu już z całą pewnością śpię.
Wieczorem robię sobie jeszcze krótką wycieczkę po mieście:

Program mam tak napięty, że jem obiad dopiero jak zrobi się ciemno (fastfoody tylko z bonami zniżkowymi), a zakupy spożywcze na kolejny dzień robię dopiero późnym wieczorem. Szkoda mi czasu za dnia na bieganie po sklepach. To nie Azja, jedzenie tutaj nie jest częścią podróży, raczej tylko niezbędnym obowiązkiem.

If You are Going To San Francisco

Posted: San Francisco, 18.03.2009 by Robert Sadłowski

San Francisco wita piękną pogodą. Później od mieszkańców dowiedziałem się, że to pierwsze słoneczne i ciepłe dni w tym roku. Mam wielkie szczęście, ale mam też wielkie oczekiwania. Wiem, że San Francisco jest wyjątkowe, malownicze, ciekawie usytuowane na wzgórzach, na półwyspie pomiędzy oceanem, a zatoką i ma ciekawą historię. To podobno jedyne europejskie miasto w USA. Zapewne jedno z niewielu, gdzie życie toczy się głównie w centrum, a nie na przedmieściach. San Francisco zawsze wyróżniało się otwartością umysłów mieszkańców i odwagą w demonstrowaniu swobód obyczajowych. Miasto pomimo serii kataklizmów niemal przestało istnieć, ale zawsze wracało nie tracąc niczego ze swojego romantycznego klimatu. Pomimo ciągłego zagrożenia nadal przyciąga ludzi nietuzinkowych, artystów.
Z lotniska do centrum jest około 20km, trasę tę obsługuje kolej podmiejska (w centrum jako metro) jednak bilet jest stosunkowo drogi. Znalazłem o ponad połowę tańsze połączenie autobusowe, a dzięki temu lepiej widziałem wszystko po drodze. Udało mi się zarezerwować hotel w dobrym miejscu i chyba dobrej cenie, bo poza sezonem. Union Square Plaza Hotel w sercu miasta za nieco ponad 50usd za dobę.
W okolicach Union Square znajduje się ulica Powell St, jedna z tych po których kursują tramwaje linowe.

Zdecydowanie warto zaopatrzyć się w San Francisco CityPASS, kosztował 59usd, a zapewniał komunikację miejską na 7dni, wstęp do kilku muzeów i kilka innych atrakcji oraz masę bonów zniżkowych (obecnie CityPASS kosztuje 86usd). Da się kupić w tej samej cenie pakiet w którym rejs w okolice mostu Golden Gate można zamienić na bilet do Alcatraz (wychodzi korzystniej, a w ramach biletu do Alcatraz i tak jest rejs).
Tramwajami wzdłuż Powell St i Mason St dojeżdżam w okolice Telegraph Hill. Znajduje się tutaj wzgórze z punktem widokowym zapewniającym świetny widok na miasto. Staram się wykorzystać dobrą pogodę jak najlepiej. Na szczycie wzgórza znajduje się wieża Coit Tower - nietypowy przykład art deco. Doskonale widać stąd wyspę Alcatraz, akurat spowitą we mgle:

San Francisco ma nietypowy klimat. Specyfika ukształtowania terenu, prądów morskich mieszających się z wodami zatoki i szereg innych czynników sprawiają, iż jest tutaj zdecydowanie chłodniej niż nawet kilkanaście kilometrów w głąb lądu. Obszar nadmorski szczególnie w okolicach mostu Golden Gatę często spowijają mgły. Może być tak, że w tym samym czasie w centrum miasta jest znacznie cieplej i świeci słońce. Lato jest mgliste, a zima deszczowa. Najwięcej słońca jest wiosną i dlatego jestem tutaj w marcu :)
Ze wzgórza schodzę po wschodniej stronie, schodami do których przylegają domowe ogródki (bardzo urokliwe i ciekawe miejsce) i udaje się w stronę Pirsu39. Skusiły mnie tam wejściówka do akwarium i bony z pakietu CityPASS, ale Pier39 okazał się być nietypowym centrum handlowym, akwarium też nie rzuca na kolana. Najadłem sie przynajmniej tanich pączków z dziurką. Atrakcją są wypoczywające przy pirsie lwy morskie:

Czuje się tutaj klimat nadmorskiego miasta. Powietrze jest rześkie, popołudniu robi się już zdecydowanie chłodniej i to pomimo słońca. Gdy docieram wreszcie w okolice przyczółka Golden Gate jest zimno:

W drodze powrotnej do hotelu, specjalnie o zmierzchu zatrzymuje się jeszcze na Alamo Square. Z tego placu rozlega się bowiem jeden z bardziej znanych widoków na miasto:

Witaj Afryko

Posted: Dar es Salaam, 15.02.2008 by Robert Sadłowski

Powrót do Afryki równikowej po 7 latach z jedynie bardzo ogólnym planem zwiedzania i obawami czy poziom cywilizacji będzie lepszy, czy gorszy niż w Kamerunie w 2002. Na forach informacji niewiele, nawet przewodnik Lonely Planet skromny i niekonkretny. Czytam, że Tanzania to dzicz w porównaniu do Kenii. Bilety za mile z 4 odcinkami lotu w każdą stronę, wszystko dlatego, że Swiss do Dar z międzylądowaniem w Nairobi wylatuje tak wcześnie rano, że trzeba do Zurychu dolecieć dzień wcześniej, do tego długa przesiadka w Frankfurcie. Na osłodę wszystkie loty w biznesie i widok z przedniej kabiny A330-200 z Alpami w tle:

Serwis od samego startu wyśmienity. Obiad kończy się dopiero na północną Afryką. Lądowanie w Nairobi już o zmroku, nieco ponad 1h postoju i ostatni krótki odcinek do Dar.
Dzięki sprawnemu opuszczeniu samolotu udało się formalności wizowe załatwić praktycznie bez kolejki. Na lotnisku ma czekać zamówiony przez hotel kierowca. Obawiałem się błędzenia w drodze z lotniska w późnych godzinach wieczornych, może innym razem.
Powietrze jest gorące i lepkie. Przedmieścia po ciemku nie zachęcają, widać porzucone wraki samochodów i grupy ludzi dookoła ognisk płonących w starych beczkach.
Znalazłem tylko 2 tanie hoteliki polecane przez turystów: Jambo Inn i Safari Inn, wybrałem ten drugi. Dojazd do niego nie wygląda zachęcająco, stalowe bramy na kolejne dziedzińce otwierają dziwni ludzie. Pokój z zagrzybionymi ścianami, okna bez szyb i ogromne gorąco. Uznałem, że lepiej uciekać dalej i to możliwie jak najszybciej. W recepcji powiedziano, że autobusy do Arushy odjeżdżają o 6:00 rano, zamówiłem taksówkę.
Pomimo, że podróże wzdłuż południków praktycznie bez zmian czasowych tak nie męczą ciężko byłem wykończony. Leżałem bez ubrania na łóżku i czułem jak spływa ze mnie pot, a prześcieradło (zabrane z domu) staje się coraz bardziej mokre. Przypominam sobie Heban, podobnie noce w Dar opisywał Kapuściński, który lata temu miał tutaj mieszkanie.
Nagle, zaledwie chwilę po tym jak udało mi się zasnąć (tak mi się wydawało) budzi mnie przeraźliwy dźwięk... meczet. Zupełnie zapomniałem, że w kraju muzułmańskim budzik nie jest potrzebny, a życie rozpoczyna się nieco wcześniej.
Taksówka na dworzec autobusowy dociera bardzo szybko. Kierowca pokazuje palcem gdzie iść i równie szybko odjeżdża. Nadal jest ciemno, pod nogami błoto, a dookoła tłum ludzi, łapią za ręce, każdy z nich chce sprzedać bilet. Ide wzdłuż ciągu kanciap, w każdej rezyduje inna firma przewozowa i w każdej jest tłum ludzi. Żadnej tablicy odjazdów, żadnej informacji. Nie ma wyjścia, trzeba się dogadać z którymś z naganiaczy, komuś zaufać. Dopiero z biletem udaje się wejść na teren dworca, gdzie już niemal pełne autobusy czekają na odjazd. Okazuje się, że o 6:00 odjeżdżają wszystkie autobusy wszędzie. Zaczyna robić się jasno.
Po drodze widząc olbrzymie przestrzenie i egzotyczną roślinność czuję ulgę. Autobus nie ma klimatyzacji, ale mi to nie przeszkadza, na zewnątrz pada nawet lekki deszcz.
Podróż trwa około 10h w tym z 1h postojem, co przy dystansie niemal 700km daje przyzwoitą prędkość.
Arusha wita spokojniejszym klimatem i większą ilością kolorów:


Jeszcze tego samego dnia udaje się wynegocjować dobre warunki 3dniowego safari z Sunny Safaris (www.sunnysafaris.com), ale na pojutrze, bo jutro trzeba odpocząć.