SRI LANKA 2019 w krainie herbaty i Katar po drodze

NegomboZaczynamy

Bardzo chciałem polecieć w jakieś ciepłe miejsce tej zimy. Liczyłem na jakąś świetną okazję dla 4 osób, ale nie wyszło. Ostatecznie na wyjazd rodzinny wybraliśmy Azory z Portugalią po drodze. Sam z kolegą Andrzejem wybrałem Sri Lankę z biletem w akceptowalnej cenie z Qatar Airways. W drodze powrotnej przewidzieliśmy dłuższą przesiadkę w Katarze by zwiedzić Dohę i skorzystać z przesiadkowych dobrodziejstw Qatara (czyli dobrego hotelu w niskiej cenie).

Wylatuję z Poznania około południa, następnie mam długą przesiadkę w Warszawie (LOT ma mało połączeń do Poznania). Tu spotykam się z Andrzejem z Gdańska i dalej lecimy razem:



Kolejna przesiadka w Katarze jest krótka. O dziwo dalej na SriLankę lecimy dokładnie tym samym samolotem którym przylecieliśmy z Warszawy, ale musimy przejść na lotnisku sporą odległość by zaliczyć security. Ekonomiczna w Qatarze nie robi na mnie żadnego wrażenia, jest to samo co w Lufthansie, czyli szara przeciętność. Starałem się jak najwięcej spać, bo przylot na lotnisko w Negombo jest o poranku.

Lotnisko w Negombo wygląda nieco dziko:


Wymieniamy walutę, przebieramy się i tuktukiem jedziemy na dworzec autobusowy w centrum Negombo. Chcemy dotrzeć jak najszybciej do Dambulli. Nie ma bezpośrednich autobusów, czeka nas przesiadka w miejscowości Kurunegala. Kierowca oczywiście próbuje nas namówić na gonienie autobusu z Colombo, nie chcemy. Trafiamy na jakiś lepszy (droższy) autobus z klimatyzacją. Kurunegala w korkach, jest klimat:


Miasto ma ciekawy dworzec autobusowy, sprawia wrażenie bardzo dużego. Toalety są niezachęcające, ale są. Kupujemy jakieś jedzenie i wsiadamy do kolejnego autobusu.



Infrastruktura drogowa jest tu bardzo słaba. Szybki przejazd to średnia 30km/h. W zamian jest klimatycznie i bardzo tanio. Bilet na autobus pomiędzy miastami to koszt 2-3zł.

Dojeżdżamy do Dambulli bez problemów. Być może zdążylibyśmy jeszcze dziś odwiedzić kompleks w Sigiriya (bo to nasz główny cel w tej części kraju), ale jesteśmy już zmęczeni. Główna atrakcja Dambulli to kompleks świątyń w naturalnych jaskiniach. Odwiedzamy je wieczorem, jest klimat, ale jaskinie nie rzucają na kolana:



Białych turystów tu praktycznie nie ma. Jest bardzo ciepło, ale zbiera się na deszcz:


Jemy byle co w pobliskiej knajpce i idziemy spać. Generalnie nie widać tu komercji dla turystów i to bardzo mi się podoba.

KandySigiriya i droga do Kandy

pimy w tanim miejscu. Następnego dnia musimy wstać wcześnie, ale nie odmawiamy sobie gotowego śniadania. Jest tanie i dobre:


Zamówionym wcześniej tuktukiem jedziemy do Sigiriya wzdłuż sporego jeziora.



Widoki są ciekawe, pogoda świetna. Później czytam, że to sztuczny zbiornik nazywany Kandalama Reservoir.


Przyroda wygląda zielono i dziko:




Sigiriya to dawna stolica SriLanki, z twierdzą zbudowaną w V wieku n.e. na sporym masywie skalnym. Niestety z samej twierdzy niewiele się zachowało, podobnie z fresków naskalnych. Nieco więcej widać w założeniach ogrodowych dookoła skały. Bilet wstępu dla obcokrajowców jest drogi.


Niestety rano jest widok pod słońce (ale w zamian wspinanie w cieniu):






Na zwiedzanie wystarczą 2-3h. Wspinanie na szczyt przy 30C jest męczące, a chyba było nawet cieplej. Dla tych mających nadmiar czasu jest pobliska z góra z fajnym widokiem na tą najważniejszą. Widać tu zachodnich turystów, ale lokalna turystyka jest bardzo duża:


Dookoła widać hoteliki i knajpy pod obcokrajowców, jest nieco komercyjnie, ale ciągle w normie. Na koniec zdjęcie z innej strony i wracamy do Dambulli:



Od razu łapiemy autobus do Kandy, by jeszcze tego samego dnia tam pozwiedzać:




Kandy to też dawna stolica. Była tu siedziba króla, są nawet ogromne ogrody królewskie. Do miasta wjeżdżamy w korkach. Źle wysiedliśmy z autobusu i musieliśmy na piechotę wracać w okolice jeziora. Szukamy noclegu w ciemno, tak by był choć trochę fajniejszy, najlepiej z widokiem, klimatyzacją i śniadaniem. Te z widokiem są na wzgórzach, cena jak w booking i nie chcą zejść. Nie opłacało się. Zachodni brzeg jeziora to centrum miasta. W pobliżu znajduje się świątynia z relikwiami zęba Buddy, jedno z ważniejszych miejsc świata Buddyjskiego. Centrum miasta może się podobać, jest kolorowe, malownicze, zielone. Jest tu trochę chłodniej z racji wysokości (500m npm) i wody.






Świątynię zostawiamy na wieczór. Im dalej od jeziora tym większy bałagan:


Andrzejowi zachciewa się piwa. Tutaj większość restauracji i sklepów nie ma koncesji do sprzedaży alkoholu. Zapytany człowiek na ulicy prowadzi nas bocznymi uliczkami do ukrytego sklepu, ceny są nieco zniechęcające:


Spore kontrasty. Architektura kolonialna i kiczowate reklamy:


Miejscami jest europejsko:


ale jest też klimat (zdjęcie zrobione z przejścia dla pieszych):


Zdecydowanie widać białych, ale widać też lokalnych pielgrzymów:




Kompleks świątynny jest spory. Darujemy sobie muzea, a i tak spędzamy tu sporo czasu:








Widać, że jest to ważne miejsce dla ludzi. Przychodzą całymi rodzinami, są dobrze ubrani, widać wysoki poziom kultury (także osobistej). Późniejszym wieczorem jest ceremonia, wiele ludzi już na nią czeka zajmując większość podłogi wewnątrz świątynii. My jesteśmy już zmęczeni i wracamy.
Wieczorny widok z naszego balkonu:



Następnego dnia wybieramy się do Ella. Oczywiście koleją. Nie sposób zrobić rezerwację w wagonach 1 lub 2 klasy. Prawie wszystkie miejsca są wykupuwane przez pośredników w ciągu kilku godzin od rozpoczęcia sprzedaży. Zresztą wydaje mi się, że nie warto. Lokalny transport, choć męczący, jest częścią tutajeszej kultury i dodaje klimatu. 3 klasa w pociągach daje największą frajdę, jest bardzo tania, a niczego jej nie brakuje (nie jest gorzej niż w naszych pociągach lokalnych). Szczerze mówiąc nie rozumiem ludzi objeżdżających kraj w taksówkach (podobno przodują rodacy).

Ellakoleją do Ella

Trasa z Kandy do Ella ma opinie najbardziej malowniczej, nie tylko na SriLance, jest podobno jedną z ładniejszych na świecie. To w linii prostej zaledwie 70-80km, ale podróż trwa około 7h! Pociąg jedzie nieco dookoła i po drodze wspina się na wysokość 1900m npm, by później w Ella zjechać do okolice 1000m npm.
Generalnie nikt nie liczy sprzedanych biletów kolejowych 3 klasy. Jest ryzyko, że nie uda się wejść do pociągu. Czytam straszne historie o ludziach stojących przez wiele godzin i pilnujących bagażu. Z tego powodu wiele osób decyduje się na nocny pociąg około 2:00 w nocy rezygnując z przespanej nocy i widoków przez pierwszą połowę podróży. Najgorszą opinię ma pociąg nieco przed 9:00 rano, więc nieco przekornie właśnie na ten się decydujemy.
Bierzemy z hotelu śniadanie na wynos i tuktukiem ruszamy na dworzec. Wchodzimy na perony psychicznie przygotowani do walki o miejsca, a tam tłumów nie ma. Pociągi przyjeżdżajace do Kandy są jednak nieco zapchane:




Nasz nie jest podstawiany w Kandy, przyjeżdża chyba z Colombo, ale na szczęście jest prawie pusty. Udaje nam się bez problemu znaleźć dobre miejsca przy oknie:


Dla lokalnych rodzin podróż też jest atrakcją. Dziecko przejechało sporą część trasy z głową za oknem:


Na początku trasy widoki są fajne, choć nie rewelacyjne. Czuję się nieco rozczarowany. Później plantacje herbaty dodają smaku, bo są soczyście zielone i po prostu ładne:




Mam wrażenie, że jest tu jakaś forma konkursu pomiędzy stacjami, bo te małe górskie sprawiają wrażenie konkurujących ze sobą w estetyce i czystości:



Udało mi się zrobić fajne zdjęcie dziewczyny nietypowej urody, nie udało się jendak pozbyć pani w tle:



Jedziemy dalej, końcówka trasy to naprawdę ostry zjazd w dół:



Spacerem trafiamy do zarezerwowanego wcześniej noclegu. Samo miasteczko Ella nieco rozczarowuje, jest bardzo komercyjne, bez klimatu:


Jemy coś szybko i korzstając z końca dnia postanawiamy jeszcze dotrzeć do Nine Arch Bridge - chyba najbardziej znanego z zdjęć miejsca w okolicy. Niestety most jest juz w cieniu co psuje odbiór:


ale to nic:


Wieczorem idziemy coś zjeść:

Ellazielone okolice Ella

Następnego dnia wstajemy możliwie wcześnie (na szczęście śniadania nie podają bardzo wcześnie). To nasz widok z balkonu chwilę po wschodzie słońca:


Idziemy na pobliską górkę Little Admas Peak. To bardziej wzgórze niż góra, ale idzie się przez pola herbaty, a te o poranku wyglądają przyjemnie dla oka. Ella nie zachęca, ale wystarczy tylko lekko się oddalić i widoki wszystko rekompensują. Jestem bardziej niż zadowolony.







Pomiędzy plantacjami herbaty jest tu jakiś fajny resort (98 Acres Resort & Spa), a przy jego recepcji sklepik z lokalną herbatą:


W drodze powrotnej idziemy jeszcze raz na Nine Arch Bridge bo prawie po drodze:







Akurat trafiliśmy na przejeżdżający pociąg.

Mirissawieczór w Mirissa

W pokoju myślimy co dalej:


Z Ella cieżko wyjechać autobusem gdziekolwiek na południe, trasy przejazdów są długie. Decydujemy się na wyjątek i weźmiemy samochód. Tylko gdzie? Nie starczy nam czasu na Park Yala. Zdążylibyśmy odwiedzić park Udawalawa, ale tam są tylko słonie. Może Tangalle, ale potem nieco daleko do Galle? Ostatecznie decydujemy się na Mirissę.
Po drodze odwiedzamy jeszcze wodospady Ravana:



Ten przejazd to trochę wstyd, kosztuje więcej niż razem wszystkie inne wydatki na transport na SriLance podczas całego wyjazdu, ale oszczędzamy dużo czasu. Ella to miał być najjaśniejszy punkt naszej trasy, a nim nie był. Miasteczko wygląda słabo, wszystko co fajne jest dalej niż w zasięgu spaceru i trzeba tam dojechać. Gdybym kiedyś wracał w to miejsce zdecydowanie szukałbym noclegu daleko gdzieś na przedmieściach Ella, a centrum omijał z daleka.
Do Mirissy dojeżdżamy wcześnie, bierzemy nocleg z dala od komercji:



I udajemy się na komercyjne plaże:



Tłoczno i dużo ludzi. Knajpy nastawione bardziej na drinki i jest drogo. Nie podoba mi się. Wydaje mi się, że może Tangalle byłoby lepsze, bo więcej przyrody na zdjeciach i chyba byśmy zdążyli to ogarnąć. Na koniec jakieś jedzenie, które wcale nie tak łatwo było tam znaleźć:

Gallew drogę do Galle

Rano jemy świetne śniadanie:


i idziemy na spacer po okolicy. Plaża tu jest pusta, ale widać budowy nowych hoteli i pewnie ten spokój nie potrwa długo:


Później opuszczamy pokój, który był bardzo fajny, ale bez klimatyzacji. Tej nocy temperatury były takie, że pierwszy raz budziłem się z gorąca i musiałem wychodzić na spacer po tarasie by się schłodzić:


Czujemy się tu już pewnie. W brawurowy sposób zatrzymujemy autobus do Galle. Przejazd jest szybki i krótki:



Miasto Galle było największym portem na wyspie jeszcze przed początkiem portugalskiej kolonizacji w XVIw. Swój najlepszy okres miało podczas późniejszej kolonizacji holenderskiej. Pierwszemu okresowi zawdzięcza fortyfikacje, drugiemu ciekawą architekturę kolonialną. Do miasta docieramy o wczesnej porze. Dla niewielkiej oszczędności zarezerowaliśmy pokój poza starym miastem, mamy sporo do przejscia. Okazuje się, że hostel prowadzą chińczycy i na razie możemy tylko zostawić nasze rzeczy. Idziemy do starego miasta, bezpośrednio przed nim taki widok:


Jemy coś w pierwszej napotkane knajpce, która później okazuje się najtańsza i najfajniejsza:



Stare miasto Galle jest wielką turystyczną enklawą, z lepszymi hotelami i lepszymi restauracjami, z ogromną ilością sklepów z pamiątkami. Wszystko nastawione raczej na bogatszych turystów i może dlatego widać tu dużo turystów z Chin (zwykle wystrojonych z rozmachem). Pomimo wszystko miasto bardzo mi się podoba, w bocznych uliczkach i zakamarkach dużych budynków można trafić na fajny klimat

GalleGalle

Rozpoczynamy spacer po Galle:




Lokalne knajpki starają się celować z kolonialno-nowoczesny design:



Jest sporo galerii z lokalną sztuką i prawdziwymi (lub nie) antykami:



To jest budynek sądu:


W innym obok przez okna mogliśmy obserwować rozprawy.
Południowe nabrzeże starego miasta jest mniej ufortyfikowane, a przez to chyba bardziej malownicze. Są fajne budynki kolonialne, jest tu latarnia i mini plaża:





Na zachód słońca idziemy na największe fortyfikacje (bo chyba wszyscy tu idą, także wystrojeni lokalni):







Wracamy do naszego hostelu, okazuje się, że sąsiaduje on z więzieniem. Przed nami chyba nowa dostawa więźniów:



Nasz pokój wygląda obskurnie. Ma okno, które prowadzi na patio na którym trwa chińska impreza:


Z czasem okazuje się, że kropki na ścianie się ruszają. To nie brud, to robale. Nie wiemy jakie, ale kolega Andrzej został pogryziony. Działamy szybko. Typujemy dobry hotel w starym mieście w nadziei, że dogadamy dobrą cenę. Pakujemy się, wołamy chińską ekipę hostelu i .. uciekamy.
Okolica w późnych godzinach wieczornych wygląda niewesoło. Ulice są puste, widać więcej bezdomnych. Łapieny tuktuka i po kilku minutach jesteśmy na miejscu. W recepcji są zdziwieni nieplanowanymi gośćmi i dzwonią do managera. Ten daje nam cenę niższą niż chcieliśmy, niższą niż w chińskim hostelu, a warunki mamy wyśmienite (tyle, że bez śniadania):

KolomboKolombo

Dzień zaczynamy od śniadania na mieście:


Galle pomimo widocznej komercji pozwala się lubić. Stare miasto jest zadbane i czyste - to wystarczy by wyróżniało się z innych lokalizacji w których spaliśmy. Warto tu spędzić więcej niż pół dnia.
Kupujemy pamiątki, spacerujemy jeszcze trochę i idziemy na dworzec kolejowy. Znacznie mniej ludzi niż w Kandy. Nasz pociąg nie jest zatłoczony, jedziemy do Kolombo. To najszybsza linia kolejowa na SriLance.



Znowu mam dobre miejsce:


Gdzieś na tej trasie w 2005r podczas tsunami wielka fala spowodowała wykolejenie pociągu i ogromną ilość ofiar. Dworzec w Kolombo wygląda jak te z zdjęć z Indii:




W mieście są ogromne kontrasty, pas nabrzeżny to luksuowe hotele, ale często 400-600m dalej zabudowa wygląda już tak:



Widać rozpoczęte inwestycje. To miejsce znajduje się jakieś 400m od jednego z późniejszych zamachów bombowych:


Na ostatni nocleg jedziemy pociągiem do Negombo:


To już blisko, ale pociąg jest zatłoczony i jedzie bardzo powoli. Widać, że ludzie wracają z pracy w mieście do domu do okolicznych miejscowości.

DohaPodróż powrotna

Rano jedziemy tuktukiem na lotnisko. Przelot do Dohy najzwyklejszy na świecie:


Po przylocie nie wiedzieliśmy, że taksówki są tu tanie i zabraliśmy się za kupno biletów na autobus. Są tylko automaty. Najpierw trzeba kupić kartę na którą później można załadować bilet. Automat nie wydaje reszty, nie obsługuje kart, więc nie jest to proste (w zasadzie jest to bezsensowne). Przepłaciliśmy.
Nocleg mamy w ramach oferty stopoverowej Qatar Airways, wybraliśmy Souq Waqif Boutique Hotels w samym centrum. Niestety nie da się wybierać typu pokoju, a mój mail z prośbą o 2 osobne łóżka zignorowano. Udało nam się zmienić pokój w recepcji, choć nie było to proste, recepcjonista dużo dzwonił. Hotel bez rewelacji, ale pokój wygodny, chyba trochę już tęskniłem za wygodą:




Idziemy na miasto. Jest słonecznie, ale w porównaniu z Sri Lanką chłodno (może z 20-23C). Duże zabetonowane przestrzenie bez cienia, nie wyobrażam sobie tutaj lata:





Idziemy nabrzeżem w stronę Museum of Islamic Art:



Nagle orientujemy się, że dookoła są sami hinduscy faceci i wszyscy na nas patrzą, część z nich trzyma się za ręce. Jest dziwnie, czegoś takiego tu się nie spodziewałem. Przyspieszamy. Muzeum ma jakaś imprezę zamkniętą i nie da się nawet do niego zbliżyć. Dookoła sporo zadbanych zielonych trawników. W tych okolicach jest już chyba strefa piknikowania rodzin i jest ich naprawdę dużo. Wchodzimy w miasto nieco dalej od centrum i budynki są już mniej zadbane. Każdy chyba porusza się samochodem, bo chodniki są puste lub ich nie ma. O ile w centrum restauracje są drogie to tutaj (może 1km od centrum) zjadam ogromy obiad w hinduskim fast foodzie za około 15zł:


Wracamy do hotelu, gdzie o 20:00 jest darmowy tour po okolicy z przewodnikiem. Wieczór ożywia ludzi, robi się tłoczno i ciekawie. Generalnie całe stare miasto, to raczej nowe budynki udające starą architketurę:








Nasz przewodnik jest z Zanzibaru, mieszka tu od kilku lat. Pokazuje nam budynek lokalnego klubu kobiet (dokładnej nazwy nie pamiętam), właśnie wychodzi z niego jakaś feministyczna demonstracja.
Opowiada o lokalnych zasadach. Oglądamy usytuowane w samym centrum (dla turystów) stajnie dla wielbłądów i koni:


Potem pobliski spory szpital dla jastrzębi i sklepy z artykułami dla jastrzębi:



Na koniec jakiś arabski klubik spotkań dla amatorów lokalnych szachów i dobrej herbaty, gdzie normalnie sami byśmy się nie odważyli wejść. Generalnie fajnie, ale kolejny dzień tutaj byłby nudny.
Następnego dnia wstajemy wcześnie rano i jedziemy zamówioną wcześniej taksówką, która kosztuje taniej niż nasze kupione dzień wcześniej bilety na autobus. Jest zimno i leje deszcz. Tego się po Katarze nie spodziewałem.