ROBERT SADŁOWSKI

PORTFOLIO

Table Mountain

Posted: Kapsztad, 27.11.2016 by Robert

Kolejny poranek był leniwy, na tyle, że kosztowało nas to dłuższą o jakieś 15-20min kolejkę do kolejki linowej na Table Mountain. Przez kolejne dni dojazd tutaj byłby dla nas problematyczny, a dziś moglibyśmy w zasadzie dojść do dolnej stacji na piechotę. Dla wygody dowożę żonkę i małego pod samą kolejkę, a sam cofam się nieco do pierwszych wolnych miejsc parkingowych.
Bilet jest dosyć drogi, aż 255R (obecnie 1R = 0,305PLN, gdy kupowałem bilety 1R = 0,275PLN), by nie stać w kolejce 2x warto go kupić w sieci (bilet i tak ważny jest tydzień). Różne są teorie o jakiej porze dnia warto wybrać się na górę. Rano często szczyt spowity jest mgiełką, ale rano też jest lepsze światło i czasem fajny widok na mgiełkę na dole. Na godziny wieczorne była akurat promocja (50%), ale oznacza to spore kolejki w oczekiwaniu na powrót na co z dzieckiem nie mogliśmy sobie pozwolić. My jednak mamy pogodę absolutnie nietypową dla tego miejsca o tej porze roku, prawie 30C już o 9:00 rano, więc o mgiełce nie ma mowy.
Wagoniki kursują wahadłowo i poruszają się dosyć szybko. Na całej trasie nie ma zdaje się żadnego słupa, jedzie się pod bardzo stromym kątem do góry. Wagony są spore, mieści się w nich po 60 osób, a by każdemy dogodzić podłoga obraca się powoli podczas jazdy. W sieci wyczytałem, że pod podłogą są spore zbiorniki na wodę, która służy jako balast a przy okazji zaopatruje budynki na górze (pomimo tego, przy silniejszym wietrze kolejka jest zamykana - a wieje tu mocno i często):

Zakotwienie lin na górze wygląda solidnie:

Na górze jest płasko, gdyby nie widoki, byłoby nudno (widok na centrum, przy stadionie wzgórze Signal Hill, po lewej szczyt Lions Head, mój cel na wieczór):

A to widok na południe, miejsca jest naprawdę sporo. Góra ma ponad 1000mnpm, jest tu więc wyraźnie chłodniej, trzeba jedynie uważać na słońce.

Na koniec jeszcze widok na Lions Head, na dole widać nawet dach naszego domu

Na obiad idziemy do wyluzowanej low costowej knajpki Mixas (gdzieś w sieci przeczytałem o niej dobre zdanie, a jest blisko). A później krótka wycieczka do dzielnicy Dystrykt 6 (skojarzenie z filmem Dystrykt 9 jak najbardziej właściwe). Dawniej mieszkali tu niewolnicy, rzemieślnicy i kupcy. Nie tylko czarni, ale także przesiedleńcy (przymusowi) z Azji. Dzielnica aktywnie żyła, lecz gdzieś w połowie XX wieku spodobała się białym na tyle, że z czasem wszystkich jej mieszkańców przymusowo przeniesiono do nowych nieatrakcyjnych terenów Cape Flats, a Dystrykt 6 zrównano z ziemią, budując nowe domy. Dziś jest tam nawet zdaje się jakaś uczelnia wyższa, dzielnica nie zachwyca, ale cały obszar jest znany z lokalnego street artu:

Dziś Cape Flats to Mitchells Plain najniebezpieczniejszy obszar miasta. Wraz z sąsiednią dzielnicą Khayelitsha najgorsze slumsy. Nie da się tych obszarów nie zauważyć jadąc gdziekolwiek na wschód autostradą N2. To także okolice portu lotniczego.

Onomichi

Posted: Okayama, 2015 by Robert

Następnego dnia po leniwym poranku dojeżdżamy Shinkansenem do Fukuyamy i dalej lokalnym pociągiem do Onomichi. To portowe miasteczko z ciekawymi widokami i fajną atmosferą labiryntu schodów i wąskich przejść pomiędzy wśród klimatycznej zabudowy i świątyń:

Po zboczach wzgórza ciężko poruszać się z wózkiem. Na szczyt wzgórza można wjechać kolejką linową, poza nią praktycznie nie ma tu komercji:

Z tarasu widokowego na szczycie widać liczne pokryte wzgórzami wysepki wzdłuż których droga ekspresowa Shimanami Kaido prowadzi aż na wyspę Shikoku. Trasa rowerowa wzdłuż tej drogi jest jedną z większych atrakcji okolicy:

Główna położona na dole, portowa część miasteczka też ma swój urok:

Mieliśmy w planie jeszcze wypad do miasteczka Tomonoura w którym kręcono kilka epizodów filmu Wolverin, ale zabrakło nam czasu. W zmian robimy spacer dookoła zamku w Fukuyamie:

Wieczorem odwiedzamy jeszcze Park i Zamek w Okayamie.

Treking na zboczach Merapi

Posted: Kaliurang, 09-03-2013 by Robert Sadłowski

W Kaliurangu zatrzymaliśmy się w Vogels Hostel (www.vogelshostel.net). Czytałem o nich wcześniej w kilku relacjach i każdy był zachwycony.
Byłem pewien, że hostel będzie pełny, ale okazało się, że z gości jesteśmy tam tylko my. Na szczęście niedługo dojechał jeszcze Amerykanin... rowerem. Porozmawialiśmy z nim trochę. Mieszka w Serbii, ma tam żonę, nie cierpi Stanów Zjednoczonych, bo uważa, że miasta są tam potwornie brzydkie, ludzie leniwi, a urzędnicy i rząd głupi. Przyznał jedynie, że trzyma obywatelstwo, bo się przydaje. Dopiero późnym wieczorem przyznał się, że rozumie trochę język polski (chciał nas podsłuchiwać, drań), nie mógł zrozumieć, dlaczego nie pijemy nawet piwa (mnie też to bolało, ale akurat nie mogłem, a Monika wolała soki). Mamy sporo czasu na odpoczynek i notatki z podróży:


Bardzo ciekawą osobą jego właściciel hostelu, Christian Awuy. Czytałem, że facet organizuje trekingi po okolicy, ale nie spodziewałem się, że (jak się okazało) ma... 67 lat. Po hostelu chodził powoli i przygarbiony, ale odzyskiwał wigor i tempo na szlaku, pod górkę trudno było czasem dotrzymać mu kroku.
Hostel jest nieco zaniedbany, ale utrzymany w klimacie górskim. Na ścianach same zdjęcia wulkanu, mapy, zdjęcia z trekingów, artykuły z gazet o wulkanach. Hostel jest też restauracją, w której naprawdę pyszne posiłki przygotowuje żona Christiana, jest tanio i można bardzo dobrze zjeść. Christian Awuy jest prawdziwym miłośnikiem wulkanów, szczególnie Merapi. Kocha to, co robi i miejsce, w którym żyje. Dawno temu studiował coś związanego z wulkanami, później pływał na statkach (był nawet w Gdańsku), a za zarobione pieniądze zorganizował ten hostel. Prowadzi go już od 30 lat, a obok swojej działalności w branży turystycznej włącza się także w akcję prewencji i ewakuacji ludności w czasie wybuchu wulkanu. Rozplanował też plany ewakuacji lokalnej ludności i aktywnie działa w uświadamianiu mieszkańców o zagrożeniach jakie niesie Merapi. Za swoją działalność w 2002 roku został Człowiekiem Roku w Indonezji.:

Aż pozazdrościłem, że u nas takie tytuły przyznają raczej czasopisma i raczej bardziej celebrytom niż tym, którzy rzeczywiście robią coś dobrego. Został doceniony, a i tak żyje skromnie. Wygląda na szczęśliwego i mówi, że jest szczęśliwy i zdrowy, bo robi to, co lubi. W dodatku ten prawie siedemdziesięcioletni człowiek świetnie włada językiem angielskim. Niesamowity człowiek, którego warto poznać. Moja Monika była nim zachwycona.
Mimo że oficjalnie trekingi organizowane są dopiero dla grup powyżej 4 osób, Christian nie robił problemów, by iść tylko z nami. Okazało się, że mieli dojechać jeszcze jacyś Koreańczycy, ale przestraszyli się deszczu (zaczęło padać, gdy tylko dojechaliśmy do Kaliurangu).
Też obawialiśmy się deszczu na trekingu, ale dziadek Christian mówił, że gdy po południu mocno pada, to rano będzie pogodnie (choć wtedy było nam w to trudno uwierzyć). Pobudkę mieliśmy już przed 4:00 rano. Najpierw dostaliśmy śniadanie (w pakiecie), a przed wyjściem był jeszcze briefing: pełen profesjonalizm, z planszami, mapami, zdjęciami itp. Gdy wychodziliśmy, było jeszcze ciemno, mieliśmy przerwę na wschód słońca, potem, niestety, zaczęło padać i momentami, gdy kilka razy pojechałem po błocie na tyłku w krzakach, zastanawiałem się, czy wiemy, co robimy. Merapi ma strefę, powyżej której nie wolno wchodzić. Im bliżej tej strefy, tym bardziej ścieżka, którą szliśmy zanikała. W pewnym momencie nie było jej już wcale. Po prostu przedzieraliśmy się przez tropikalną roślinność w ciemności. Dziadek po drodze opowiadał, że jest coraz więcej turystów z Chin, że strasznie krzyczą i nie potrafią się zachować (też to widzę w wielu miejscach). Nie lubi ich i na trekingi z nimi wysyła często syna. Dobrze kojarzył Polskę, ze względu na miasto portowe Gdańsk i naszego papieża. Monika po drodze wdała się z nim w rozmowę o lokalnej florze i faunie, generalnie bardzo miła wycieczka. Gdy już zbieraliśmy się do powrotu, powiedział nam, że czasem sam się gubi, bo wszystko w porze deszczowej szybko zarasta i za każdym razem szlak wygląda inaczej. Stara się orientować w przestrzeni na podstawie pagórków i dużych drzew, a jak ich nie widać, to zostawia sobie znaki. Gdy wulkan w 2010 zmasakrował kilka wiosek, już po kilku miesiącach wszystko porastała trawa o dwumetrowej wysokości. Dziadek ciągle utrzymywał, że zaraz się przejaśni, bo tak zwykle jest - i miał rację. Chmury się rozeszły i w ciągu 10-15 minut z deszczu i gęstych chmur, mieliśmy taki widok:

Widać dym z krateru.
Za cały pakiet: nocleg, treking oraz jedzenie - 2 śniadania (przed i po trekingu), 2 obiady i kolację - zapłaciliśmy łącznie niecałe 100 zł od osoby.
Kaliurang jest fajny, gdyż jest tam zdecydowanie chłodniej niż w Yogyakarcie. Miasteczko znajduje się na wysokości około 800-900 m n.p.m. i ma charakter nieco uzdrowiskowo-rekreacyjny (coś jak góry Błękitne dla Sydney).

Po powrocie z Kaliurangu do Yogyakarty wybraliśmy sobie lepszy hotel, by odpocząć (z fajnymi knajpami w okolicy). Niestety, przez pół wieczoru i prawie całą noc akurat na naszej ulicy nie było prądu. Nie działała ani klimatyzacja, ani oświetlenie, rano zniknęła woda w łazience. Generalnie koniec świata. Ale cały hotel i pokój był przyjemny. Mimo wszystko udało nam się odpocząć przed czekającą nas (długą) podróżą do Jakarty.

Wellington - Tongariro - Rotorua

Posted: New Zealand, 2012 by Robert

No i jesteśmy Wellington, już na wyspie północnej. Od pierwszego dnia mam wrażenie, że pogoda przestała nam sprzyjać. Dopływaliśmy we mgle, a gdy tylko zjechaliśmy z promu zaczęło padać. Następnego dnia pomimo, że większość serwisów internetowych podawałą, iż w Wellington świeci słońce my doświadczaliśmy tylko zimna i wilgoci. To miasto ma jakiś swój własny mikroklimat i pewnie podobnie jak w San Francisco część miasta może być słoneczna, podczas gdy inna część w tym samym czasie spowita jest gęstą mgłą. W Wellington znowu śpimy w hotelu, ale to tutaj jedyna opcja jeśli chce się być blisko centrum. Wybraliśmy tani hotel w sąsiedztwie ogrodów botanicznych. Na mapie wydał się być bliski centrum, w rzeczywistości jednak dzieli go spora różnica poziomów w pionie. Mieszkamy znacznie powyżej centrum:

Wellington przypomina mi San Francisco nie tylko z powodu pogody, ale także z powodu specyficznej architektury, artystycznej i kulturalnej atmosfery oraz górzystego ukształtowania terenu. Domy poukrywane na zielonych wzgórzach to pokolonialne wiktoriańskie klimaty:

Centrum także jest zadbane i przyjemne. Zdecydowanie ma swój urok:

Główne ulice tętnią życiem kulturalnym. Knajpy i kawiarnie są wieczorami pełne, a przy tym wyraźnie dopieszczone estetycznie. Odwiedziliśmy także wytwórnię filmową na Miramar. Wytwórnię znaną z jednego z najlepszych towarów eksportowych Nowej Zelandii, czyli ekranizacji powieści Tolkiena:


Po 2 dniach odpoczynku ruszyliśmy na północ w stronę Parku Tongariro. Wyjazd z Wellington to bardzo ruchliwa droga szybkiego ruchu, na wyspie południowej takich nie było. Ruch zmniejsza się dopiero po około 100km. Zrobiliśmy po drodze spore zapasy jedzenia, zaszaleliśmy nawet i kupiliśmy ciasto na pocieszenie. Padać przestaje dopiero wieczorem, gdy docieramy w okolice Parku Tongariro. W oddali widać masyw wulkanu Ruapehu. Zatrzymujemy się na pierwszym napotkanym campingu w miasteczku Raetihi.
Na następny dzień mieliśmy w planie przejście szlakiem Tongariro Alpine na campingu lokalni mieszkańcy uświadomili nas, że padać raczej nie przestanie i poradzili nam by wyjechać samochodem jak najwyżej się da na zbocza Mt Ruapehu i jeszcze wyżej wjechać wyżej kolejką linową, bo być może to wystarczy by znaleźć się ponad chmurami. Tak też zrobiliśmy i prawie się udało. Dotarliśmy 2km od szczytu Ruapehu i mieliśmy już nad sobą niebieskie niebo oraz słońce, ale na boki chmury ciągle w dużym stopniu zasłaniały nam widoki. Było przy tym cholernie zimno.
Zbocza Ruapehu to atrakcyjne obszary narciarskie zimą. Większość infrastruktury dla turystów właśnie zimą działa tutaj pełną parą. Podobno tutaj kręcono wiele ujęć Mordoru.

Po zjechaniu na dół, wobec sporego zachmurzenia i ryzyka deszczu uznaliśmy, że czas jechać dalej do Turangi i Taupo, a Tongariro odwiedzimy jeszcze innym razem. Jednak po drodze zauważyłem sporą dziurę w chmurach akurat w okolicach Alpine Crossing. Stwierdziliśmy, że jeśli uda nam się szybko dojechać do parkingu to być może uda się przejść choć 2-3km wzdłuż szlaku zanim dziura się zamknie. Zjechaliśmy więc z głównej drogi na szutr, po którym pędziłem 60-80km/h. Czułem się jak na rajdzie (tam wszystkie samochody są raczej mocne z uwagi na różnice poziomów na drogach). Udało się dojść nawet dalej niż planowaliśmy, jednak na przejście całego szlaku nie było już szans. Zobaczyliśmy w zamian szczyt Mt Ngauruhue (czyli Tolkienowski Mt Doom):

Podczas postoju w punkcie widokowym na Jezioro Taupo zrobiliśmy sobie piknik, jezioro nie zrobiło na nas większego wrażenia. Po drodze do Rotorua podczas chwilowej poprawy pogody zatrzymaliśmy się jeszcze przy wulkanicznych jeziorkach Wai-o-tapu, ale skala komercji szybko nas do dłuższego pobytu zniechęciła.
W Rotorua zatrzymaliśmy się na kempingu Top10 niemal w centrum. Wieczór, noc i poranek w deszczu. Załamanie pogody próbowaliśmy sobie osłodzić ciastem kupionym przy wyjeździe z Wellington, ale ...ciasto znikneło. Przeszukaliśmy samochód wielokrotnie i nie ma. Prawdopodobnie wyjęliśmy je z bagażnika z innymi zapasami na kampingu w Raetihi i tam w kampingowej kuchni zostało. To jak na razie największa porażka od początku wyjazdu. Próbowaliśmy znaleźć motywację do odwiedzenia lokalnych gejzerów w Arikikapakapa Reserve, ale zrobiono z nich parki tematyczne z olbrzymią ilością komercji i niemal kosmicznymi cenami. Rotorua stara się marketingowo być ważnym punktem na mapie turystycznej Nowej Zelandii, ale faktycznie to bardzo skomercjalizowane miejsce, które odwiedzają głównie autokary z Auckland (bo blisko) z zorganizowanym wycieczkami. Szczerze współczuję tym którzy przylatują na antypody na krótki pobyt i trafiają do Rotoruy. Nie warto. To takie wulkaniczne Las Vegas.

Góry Błękitne

Posted: Sydney, 18-09-2009 by Robert Sadłowski

eby nie było nudno znowu wczesna pobudka. Ubieram się, zgarniam spakowany już plecak i biednę na dworzec kolejowy. Tu niespodzianka. Okazuje się, że jest sobota, a ja sprawdziłem rozkład jazdy pociągów na dzień pracujący. Niepotrzebnie wstałem tak wcześnie, bo do pociągu mam godzinę. Wkurzyłem się, ale tylko przez chwilę. Uznałem, że powinienem zdążyć dojechać metrem do Circular Quay, obejrzeć okolicę o wschodzie słońca i wrócić w porę na pociąg. Warto było, nabrzeże było niemal całkowicie puste, a na pociąg zdążyłem:

Góry błękitne położone sa bardzo blisko Sydney. To nieco ponad 1,5h jazdy pociągiem. Obszar gór wzdłuż linii kolejowej ma niemal charakter uzdrowiskowego kurortu. Panuje tam chłodniejszy klimat, a zimą (czyli w lipcu) podobno czasem pada śnieg. Góry Błękitne to góry nietypowe. Góry w których ciągi komunikacyjne biegną grzbietami, a bardziej dzikie i niedostępne są głębokie doliny otoczone stromymi klifami. Być może dlatego góry te przez ponad 40 lat od lądowania kapitana Jamesa Cook w 1770 pozostawały nieprzebyte. Pomimo iż góry łatwo pokonać grzbietami to nie wiedząc tym każda kolejna ekspedycja próbowała przejść góry dolinami co kończyło się niepowodzeniem.
Wysiadłem w miejscowości Katoomba, jest cicho, spokojnie i bogato. Wziąłem mapkę z punktu informacji turystycznej i idę w stronę klifu, gdzie zaczynają się szlaki. Odwiedzam po drodze Scenic World miejsce w którym kolejką linową z wagonikiem z przeszkloną podłoga można przejechać nad kanionem lub inną kolejką zjechać na dno doliny. Widzę pierwszą panoramę gór (żółty wagonik widać po prawej):

Idę dalej, droga kończy się punktem widokowym, wielkim placem z sklepikami z pamiątkami. Przez chwilę powiedziałem w myślach sam do siebie: to wszystko? Może czas wracać do Sydney? Ale skoro już tu jestem uznałem, że warto zejść szlakiem na dół, wybrałem najbardziej znany The Giant Stairway. Szlak prowadzi do Trzech Sióstr, najbardziej znanej formacji skalnej w okolicy.
Oczywiście Trzech Sióstr są doskonale widoczne z punktu widokowego (po lewej).

Schodzę. Wrażenia jak w Słowackim Raju tyle że wyżej, ale adrenalina mniejsza niż na Orlej Perci. Ludzie jednak rozemocjonowani i jest już fajniej. Poniżej Trzech Sióstr praktycznie nie ma turystów, a szkoda, bo szlak robi się coraz ciekawszy. Roślinność staje się coraz bardziej bujna. Korony drzew sięgają naprawdę wysoko i są tak gęste, że gdy dochodzę na dół panuje tam tajemniczy półmrok (z wrażenia prawie łamię sobie nogę na trzecim od końca metalowym stopniu szlaku). Cieszę się, że tu przyjechałem i szkoda mi większości turystów dla których wizyta w Górach Błękitnych kończy się na placu z punktem widokowym jakieś 300 metrów wyżej. Idę szlakiem gdzieś w kierunku wschodnim i po może 2 kilometrach postanawiam, iż wejdę innym szlakiem na górę odwiedzając po drodze kilka wodospadów:

Wchodze na górę już w miejscowości Leura. Ulice i domy są tam jeszcze bardziej zadbane niż w Katoombie. To miasto - ogród. Nastrój jest sielankowy, ale czuję iż to zdecydowanie elitarna okolica i byle kto nie ma szans by tu mieszkać:

Powoli zmęczony i zadowolony idę na stację kolejową. Chyba na jakiś czas zasypiam na peronie, w pociągu już z całą pewnością śpię.
Wieczorem robię sobie jeszcze krótką wycieczkę po mieście:

Program mam tak napięty, że jem obiad dopiero jak zrobi się ciemno (fastfoody tylko z bonami zniżkowymi), a zakupy spożywcze na kolejny dzień robię dopiero późnym wieczorem. Szkoda mi czasu za dnia na bieganie po sklepach. To nie Azja, jedzenie tutaj nie jest częścią podróży, raczej tylko niezbędnym obowiązkiem.

Witaj Afryko

Posted: Dar es Salaam, 15.02.2008 by Robert Sadłowski

Powrót do Afryki równikowej po 7 latach z jedynie bardzo ogólnym planem zwiedzania i obawami czy poziom cywilizacji będzie lepszy, czy gorszy niż w Kamerunie w 2002. Na forach informacji niewiele, nawet przewodnik Lonely Planet skromny i niekonkretny. Czytam, że Tanzania to dzicz w porównaniu do Kenii. Bilety za mile z 4 odcinkami lotu w każdą stronę, wszystko dlatego, że Swiss do Dar z międzylądowaniem w Nairobi wylatuje tak wcześnie rano, że trzeba do Zurychu dolecieć dzień wcześniej, do tego długa przesiadka w Frankfurcie. Na osłodę wszystkie loty w biznesie i widok z przedniej kabiny A330-200 z Alpami w tle:

Serwis od samego startu wyśmienity. Obiad kończy się dopiero na północną Afryką. Lądowanie w Nairobi już o zmroku, nieco ponad 1h postoju i ostatni krótki odcinek do Dar.
Dzięki sprawnemu opuszczeniu samolotu udało się formalności wizowe załatwić praktycznie bez kolejki. Na lotnisku ma czekać zamówiony przez hotel kierowca. Obawiałem się błędzenia w drodze z lotniska w późnych godzinach wieczornych, może innym razem.
Powietrze jest gorące i lepkie. Przedmieścia po ciemku nie zachęcają, widać porzucone wraki samochodów i grupy ludzi dookoła ognisk płonących w starych beczkach.
Znalazłem tylko 2 tanie hoteliki polecane przez turystów: Jambo Inn i Safari Inn, wybrałem ten drugi. Dojazd do niego nie wygląda zachęcająco, stalowe bramy na kolejne dziedzińce otwierają dziwni ludzie. Pokój z zagrzybionymi ścianami, okna bez szyb i ogromne gorąco. Uznałem, że lepiej uciekać dalej i to możliwie jak najszybciej. W recepcji powiedziano, że autobusy do Arushy odjeżdżają o 6:00 rano, zamówiłem taksówkę.
Pomimo, że podróże wzdłuż południków praktycznie bez zmian czasowych tak nie męczą ciężko byłem wykończony. Leżałem bez ubrania na łóżku i czułem jak spływa ze mnie pot, a prześcieradło (zabrane z domu) staje się coraz bardziej mokre. Przypominam sobie Heban, podobnie noce w Dar opisywał Kapuściński, który lata temu miał tutaj mieszkanie.
Nagle, zaledwie chwilę po tym jak udało mi się zasnąć (tak mi się wydawało) budzi mnie przeraźliwy dźwięk... meczet. Zupełnie zapomniałem, że w kraju muzułmańskim budzik nie jest potrzebny, a życie rozpoczyna się nieco wcześniej.
Taksówka na dworzec autobusowy dociera bardzo szybko. Kierowca pokazuje palcem gdzie iść i równie szybko odjeżdża. Nadal jest ciemno, pod nogami błoto, a dookoła tłum ludzi, łapią za ręce, każdy z nich chce sprzedać bilet. Ide wzdłuż ciągu kanciap, w każdej rezyduje inna firma przewozowa i w każdej jest tłum ludzi. Żadnej tablicy odjazdów, żadnej informacji. Nie ma wyjścia, trzeba się dogadać z którymś z naganiaczy, komuś zaufać. Dopiero z biletem udaje się wejść na teren dworca, gdzie już niemal pełne autobusy czekają na odjazd. Okazuje się, że o 6:00 odjeżdżają wszystkie autobusy wszędzie. Zaczyna robić się jasno.
Po drodze widząc olbrzymie przestrzenie i egzotyczną roślinność czuję ulgę. Autobus nie ma klimatyzacji, ale mi to nie przeszkadza, na zewnątrz pada nawet lekki deszcz.
Podróż trwa około 10h w tym z 1h postojem, co przy dystansie niemal 700km daje przyzwoitą prędkość.
Arusha wita spokojniejszym klimatem i większą ilością kolorów:


Jeszcze tego samego dnia udaje się wynegocjować dobre warunki 3dniowego safari z Sunny Safaris (www.sunnysafaris.com), ale na pojutrze, bo jutro trzeba odpocząć.

p5270179.jpg
dsc_4419.jpg
nowe miasto expo
nowe miasto nowe miasto expo
p6070262.jpg
Boliwia
Boliwia Boliwia
dsc_6892.jpg
Ateny
Ateny Ateny
dsc_6149.jpg
jedyna taka wyspa
jedyna taka wyspa jedyna taka wyspa
dsc_7524.jpg
dsc_0357.jpg
Japonia
Japonia Japonia
dsc_1208.jpg
Cracov dwa spacery
Cracov Cracov dwa spacery
p6120086.jpg
DSC_9298.jpg
dsc_0031.jpg
Japonia
Japonia Japonia
dsc_3480.jpg
RPA
RPA RPA
dsc_20749.jpg
2014
2014 2014
dsc_8155.jpg
Jerozolima i TelAwiv
Jerozolima i TelAwiv Jerozolima i TelAwiv
dsc_7439.jpg
Yogyakarta Jakarta
Yogyakarta Jakarta Yogyakarta Jakarta
dsc_30762.jpg
Japonia 2012
Japonia 2012 Japonia 2012
dsc_0807.jpg
Japonia 2015
Japonia 2015 Japonia 2015
dsc_3117.jpg
RPA jedno z moich 3 ulubionych miast
RPA RPA jedno z moich 3 ulubionych miast
dsc_4667.jpg
dsc_5743.jpg
p6090320.jpg
Boliwia
Boliwia Boliwia
p6180246.jpg
dsc_9750.jpg
Lizbona oraz Sintra i Cascais
Lizbona Lizbona oraz Sintra i Cascais
dsc_7557.jpg
dsc_20534.jpg
Filipiny najbrzydsze miasto świata
Filipiny Filipiny najbrzydsze miasto świata
dsc_5206.jpg
dsc_30240.jpg
dsc_20031.jpg
dsc_20459.jpg
Filipiny
Filipiny Filipiny
dsc_6360.jpg
Peloponez
Peloponez Peloponez
dsc_7113.jpg
Pomorze Torun Gdansk Grudziadz
Pomorze Pomorze Torun Gdansk Grudziadz
dsc_0503.jpg
Porto rzeka Duero
Porto Porto rzeka Duero
dsc_0068.jpg
Azory Na środku Atlantyku
Azory Azory Na środku Atlantyku
dsc_19872.jpg
Korea
Korea Korea
dsc_40211.jpg
Shanghai na jeden dzień
Shanghai Shanghai na jeden dzień
dsc_7553.jpg
2013
2013 2013
DSC_8686.jpg
dsc_20026.jpg
Taipei Tajwan
Taipei Taipei Tajwan
dsc_0484.jpg
Japonia
Japonia Japonia
p6010053.jpg
dsc_19643.jpg
Japonia
Japonia Japonia